You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

"By przeżyć taką chwilę warto czekać wiek"

Trochę historii czyli? mój pierwszy poród ?cesarski?

Od zawsze miałam poczucie, że naturalny poród to piękne doświadczenie, które chciałam przeżyć. Nie bałam się porodu. Bałam się szpitala, rutyny tam panującej i wszelkich interwencji tam wykonywanych. Kiedy więc jesienią 2008 roku zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem (Mikołaj, 3,5 roku), najlepszą opcją wydawał mi się poród w domu.

Wychowana w kulturze, gdzie ciąża i poród nieodłącznie kojarzą się z lekarzem, początkowo zaczęłam szukać położnika, do którego miałabym zaufanie i który zainteresowany byłby asystowaniem przy porodzie domowym. Bez skutku. W moim mieście nie znalazłam także położnej, która podjęłaby się oficjalnie przyjęcia porodu w domu. Z braku innego wyjścia (nie byłam chyba wystarczająco zdeterminowana, żeby jechać do innego miasta) zdecydowałam się urodzić w szpitalu. Aby choć trochę tę perspektywę szpitala ?udomowić?, miałam rodzić ze ?swoją? położną, która miała zapewnić mi tak dużo swobody i prywatności, jak tylko jest to w szpitalu możliwe ? żadnych wspomagaczy, żadnego leżenia na łóżku porodowym, żadnego rutynowego nacinania krocza, świece, muzyka, tylko ja, mój mąż i nasza położna. Tak miało być. Było zupełnie inaczej.

Miałam cesarkę. Nie chcę się tu rozpisywać na ten temat, bo było to doświadczenie trudne (przede wszystkim emocjonalnie). Do pierwszych urodzin mojego synka przeżywałam żałobę za doświadczeniem naturalnego porodu, które utraciłam.

Narodziny Marysi (VBAC)

Kiedy w czerwcu 2011 roku odkryłam, że znów jestem w ciąży, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że będę chciała spróbować urodzić siłami natury. Jednocześnie przez całą ciążę starałam się zbytnio nie nastawiać na ?sukces? i brać pod uwagę ewentualność kolejnej cesarki. Jednak w miarę jak zbliżał się termin porodu, narastał stres.

Mój położnik nie okazał się zbytnim entuzjastą VBACów, ale dał mi zielone światło ? dostałam skierowanie do szpitala z adnotacją ?Próba porodu?. (Swoją drogą, nie lubię tego sformułowania. Mam poczucie, że sugeruje ono możliwość niepowodzenia. Wiadomo, przy porodzie niczego nie da się do końca przewidzieć. Ale dlaczego w takim razie przy porodzie nie po cesarce nie piszę się ?próba porodu??)

Potrzebowałam wsparcia. Miałam je w mężu. Ale potrzebowałam go też ze strony medycznej. Na szczęście mieliśmy wybraną do porodu wspaniałą położną (zdecydowałam się rodzić z ?prywatną? położną; przy drugim porodzie była już w moim mieście taka możliwość), która do porodów po cc podchodziła z optymizmem. Uważała, że jedyną znaczącą różnicą między porodem po cc, a normalnym porodem jest to, że w przypadku VBAC [w naszym kraju] nie wywołuje się ani nie wspomaga sztucznie porodu np. przez podanie oksytocyny, gdyż zwiększa to ryzyko pęknięcia macicy. ?Jeśli poród rozpocznie się i będzie szedł postępował normalnie, to nie czemu miałabyś nie urodzić??

12 luty 2012, niedziela

Dzień ten widnieje w mojej karcie ciąży jako termin porodu. Nic się nie dzieje (oprócz nieregularnych napinań brzucha, które towarzyszyły mi prawie od połowy ciąży).

13 luty 2012, poniedziałek

Idę na wizytę do mojego lekarza, który mówi, że mogę czekać maksymalnie 5 dni na samoczynne rozpoczęcie się porodu. ?Jeśli nie urodzi pani do piątku, proszę zgłosić się do szpitala?. Czuję narastającą presję i stres. Wiem przecież, że jeśli pojadę do szpitala bez postępującej regularnie akcji porodowej, trafię prosto na stół operacyjny. A to jest ostatnia rzecz, której bym chciała.

Widząc moje zdenerwowanie, mąż dzwoni do B., naszej położnej. Umawiamy się na spotkanie następnego dnia wieczorem.

14 luty 2012, wtorek

Wieczorem jedziemy do szpitala do B. Cóż za romantyczne walentynki! B. bada mnie i mówi, że moja szyjka robi się miękka i przygotowuje się do porodu. Dostaję zalecenie dalszego pojenia się herbatką z liści malin i ? zrelaksowania się (Tylko ciekawe jak?!). B. zwraca także uwagę, że ktoś źle skalkulował mój termin porodu. To nie jest 12, ale 16 luty! Czyli tak naprawdę nie jestem jeszcze po terminie! To mnie troszkę pociesza.

15 luty 2012, środa

Wieczorem idziemy ze znajomymi na karaoke, żeby się wybawić zanim pochłoną nas nowe obowiązki rodzicielskie. Mam lekkie skurcze, ale nie są regularne.

16 luty 2012, czwartek

Mój prawidłowy termin porodu. Zaczyna mi odchodzić czop śluzowy. Wieczorem zaczynam mieć w miarę regularne skurcze, które przez noc stają się coraz intensywniejsze. Jestem podekscytowana! Całą noc chodzę po domu (tak jest najłatwiej znosić skurcze). Staram się oddychać głęboko, żeby moja dziewczynka miała jak najwięcej tlenu. Chyba pierwszy raz w życiu odczuwanie bólu sprawia mi radość! Z entuzjazmem czekam na każdy kolejny skurcz. Nie wiem czy tym razem się uda, ale cieszę się każdą minutą tego doświadczenia, którego tak bardzo pragnęłam, a które w całości straciłam poprzednim razem. Niestety, kiedy zaczyna świtać, skurcze ustają.

17 luty 2012, piątek

Trochę martwię się czy wszystko jest w porządku, dlatego kontaktujemy się z B., która zapewnia nas, że wszystko co się dzieje to pozytywne oznaki zbliżającego się porodu. W ciągu dnia mam tylko kilka nieregularnych skurczy. Wiem, że piątek jest dniem, kiedy miałam zgłosić się do szpitala, ale przez cały dzień zwlekam, jakby mając nadzieję, że skurcze znów się zaczną i będzie z czym jechać. Wieczorem decyduję, że nie pojadę jednak na Izbę Przyjęć, tylko do na wizytę lekarską w przychodni. Mojego położnika już nie ma. Nawet się cieszę. Idę do innego lekarza. Zleca KTG. Na szczęście z dzidzią wszystko jest w porządku. Na USG też nie widać nic niepokojącego. Pytam o ilość wód płodowych (po poprzednim porodzie to moja zmora). Jest ich trochę poniżej normy, ale malutka ma pełny pęcherz. Jak się wysiusia, powinno być ok. Po badaniu wewnętrznym okazuje się, że mam rozwarcie na 2 place. To ekscytujące! Czyli poprzednia noc nie była bezowocna! Rozmawiam z lekarzem o naturalnym porodzie po cc. Przypadkiem uzyskuję cenną dla mnie informację ? jeśli już zgłoszę się do szpitala, a dalej będę chciała rodzić naturalnie, będę musiała podpisać tzw. świadomą zgodę (papierek mówiący o tym, że znam ryzyko związane z VBAC i świadomie rezygnuję z opcji cesarskiego cięcia). Na koniec doktor życzy mi powodzenia i sugeruje czekanie najpóźniej do następnego dnia.

Wracamy do domu i kładziemy się spać. Po chwili budzą mnie skurcze. Scenariusz poprzedniej nocy powtarza się. Do rana spaceruję po domu w rytm całkiem regularnych skurczy. Ok. 6 rano wszystko ustaje. No nie, znowu to samo! Ale przynajmniej mogę się trochę przespać.

18 luty 2012, sobota

Około południa skurcze powracają. Ale nie są częstsze niż co 15 minut i niezbyt regularne, więc nie chcę robić sobie nadziei i staram się je ignorować. Zaczynam świrować, że nie chcę iść do szpitala, bo w tej sytuacji na pewno zrobią mi cesarkę, więc Piotrek (mój mąż) dzwoni do B. i zamiast na Izbę Przyjęć mamy pojechać do niej pod koniec jej dziennego dyżuru. Wcześniej idę pod prysznic i razem z mężem robimy sobie spacer do sklepu. Po drodze, mąż mierzy czas między skurczami. Jakkolwiek są teraz dość bolesne, to nie są zbyt regularne ? czasem co 5 minut, a czasem co 15.

O 18 spotykamy się z B. Spotkanie z nią znów podnosi mnie na duchu. Mam dalej rozwarcie na 2 palce, ale B. mówi, że ?poród wisi na włosku?. Robi mi KTG. Znów przed oczami mam poprzedni poród i to wyjące urządzenie. Boję się. Na szczęście z tętnem malutkiej wszystko jest dobrze. B. lekko masuje mi brzuch i zachęca niunię do wyjścia. Żegnamy się i wychodzimy. Kiedy stawiam się do pionu, czuję mocniejszy skurcz. ?Coś czuję, że noc nie moja? rzuca na dowidzenia z uśmiechem B. I dodaje ?Nie jedźcie windą, tylko zejdźcie sobie lepiej po schodach?. Po wyjściu ze szpitala jedziemy na chwilę do teściów ? po domowy chlebek. Skurcze bolą. Teściowie mieszkają w wieżowcu, więc wykorzystujemy schody, żeby jeszcze ?podkręcić? skurcze. Dwa razy schodzimy schodami w dół (koniecznie W DÓŁ!) ? raz z 6, a raz z 10 piętra.

Od tego momentu robi się coraz intensywniej. W domu spaceruję po salonie przestępując z nogi na nogę, bujając się lekko na kolanach. Ten dziwny ?taniec? pomaga mi znosić kolejne skurcze. Boli, ale cieszę się tą chwilą. Czekam z niecierpliwością na każdy kolejny skurcz. Pomiędzy skurczami czytam jakiś kolorowy plotkarski magazyn. W pewnej chwili starszy synek woła mnie, żebym się z nim położyła. Próbuję. Leżenie jest straszne! Nie dziwię się, że kobiety wspominają poród jak horror, jeśli były zmuszone do leżenia! Chcę do pionu! Chcę się ruszać! Tak jest o niebo lepiej!

Około 22 Piotrek idzie się przespać. Ja też usiłuję. Ale nawet leżenie na boku jest trudne do zniesienia. Skurcze są teraz silne i częste. Mam bóle krzyżowe. Opieram się o stojące obok naszego łóżka dziecinne łóżeczko i bujam się na stopach. Staram się oddychać głęboko. Pomiędzy skurczami, Piotrek masuje mi plecy.

Około północy skurcze są co 2 minuty i wydaje mi się, że nie ma między nimi przerw. Klęczę na podłodze i pojękuję. Podejmujemy decyzję, że czas jechać do szpitala. Piotrek dzwoni do B. Ubieram się i ? skurcze ustają! Czyżby znowu scenariusz z poprzednich nocy? ?Nie, nie mogę tak jechać!? myślę, ?Przyjadę bez skurczy i zrobią mi cesarkę!? Jest mi straszni niezręcznie, ale mówię do Piotrka, żeby ponownie zadzwonił do B. i powiedział, że na razie jednak nie jedziemy. B. proponuje, żebym spróbowała się przespać. Tak też robię. Oczy mi się kleją. Ale nie długo mogę leżeć. Wkrótce wracają jeszcze intensywniejsze regularne skurcze.

19 luty 2012, niedziela

Około 1.30 decydujemy ponownie pojechać do szpitala. Piotrek dzwoni do B. Docieramy na Izbę Przyjęć około 2. Chwilę czekamy na przyjazd B. Nie chcę iść nigdzie bez niej. Skurcze są trochę mniej intensywne niż w domu.

2.20 przyjeżdża B. Załatwiamy formalności na Izbie i idziemy na salę porodową. Piotrek zostaje jeszcze na Izbie, żeby opłacić prywatną opiekę położnej. Martwię się, bo skurcze znacznie osłabły i rzadko się pojawiają. ?Nie martw się, wrócą? pociesza mnie B. Przychodzi dyżurny lekarz, aby mnie zbadać. ?3,5 palca, no prawie 4 palce rozwarcia?! Potem jeszcze tylko podpisanie tzw. świadomej zgody (Jak dobrze, że wiedziałam o tym wcześniej!) i lekarz wychodzi. Zostajemy z B. same. Zgadzam się na lewatywę. Moment później przychodzi Piotrek. Powoli powraca regularna akcja skurczowa. Spaceruję po sali. Próbuję pobujać się na piłce, ale jest mi niewygodnie. Drażni mnie też masaż. Wolę swój bujany ?taniec? z nogi na nogę. B. podłącza mnie do bezprzewodowego KTG. Tętno jest w normie. Uff. Skurcze są silne, ale jeszcze nie tak częste jak przed wyjazdem z domu. Teraz przy każdym skurczu stoję pochylona do przodu opierając się o męża.

W pewnej chwili poczułam, że coś ze mnie wystaje. Mówię o tym B. Bada mnie . To chyba pęcherz płodowy. B. prosi, abym położyła się na łóżku. Mówi, że będziemy uczyć się przeć. ?Jak to, już?? Jestem zaskoczona. Nastawiałam się jeszcze na co najmniej kilka godzin skurczy zanim będzie mowa o parciu. Uczymy się. Z początku mi nie wychodzi. Poza tym źle mi leżeć na plecach. B. mówi, abym spróbowała kierować powietrze w dół brzucha, tak jak przy nurkowaniu. To porównanie bardzo mi pomaga ? jako dziecko uwielbiałam nurkować. Zmieniam też pozycję. Najwygodniej jest mi klęczeć opierając się o podniesione do pozycji siedzącej łóżko.

Przy każdym skurczu prę 2 ? 3 razy. Boli. Wkładam w to parcie całą swoją energię i w pewnym momencie mam wrażenie, że nie mam już siły. B. pozwala mi przez kolejne 2 skurcze odpocząć. Popijam Powerrade?a. I dalej do pracy! (Nie bez powodu w języku angielskim poród i praca określane są tym samym słowem ?labour?).

Parcie nie trwa długo (jakieś 20 minut) ale to dla mnie zdecydowanie najtrudniejsza część porodu. Słyszę swój krzyk podczas każdego skurczu. To jednak nie krzyk rozpaczy ani tortur. To krzyk wojownika albo sztangisty zdobywającego się na maksymalny wysiłek. Jest mi potrzebny. Czuję jakby dodawał mojemu parciu energii.

W końcu pęka pęcherz płodowy. Słyszę głos B. mówiący do słuchawki ?Poród na (tu pada numer sali, którego już nie pamiętam)?. Jeszcze chwila i czuję piekący ból w okolicy cewki moczowej. Z moich ust wydobywa się jakieś ?Au, jak to boli!? i? główka jest już na zewnątrz. B. prosi mnie o kolejne parcie. Działam jak automat. Nabieram powietrza i ?.. wyskakuje reszta ciałka mojej córeczki. Jest 4.45.

Jestem tak oszołomiona, że nie jestem nawet pewna czy moja córeczka jest rzeczywiście dziewczynką czy nie :). Powoli odwracam się, siadam na łóżku, biorę ją na ręce? i zakochuję się. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że UDAŁO SIĘ! URODZIŁAM! Ogarnia mnie EUFORIA. Czuję się jakbym zdobyła medal olimpijski.

Dopiero teraz widzę zauważam, że na sali jest jeszcze lekarz, druga położna i pielęgniarka noworodkowa. B. daje mi jakiś zastrzyk (oksytocyna) i przy kolejnym skurczu rodzę fioletowawy worek ? łożysko.

Malutka zostaje zważona i zmierzona, po czym wraca do mnie. B. okrywa nas kołdrą i rozpoczynamy pierwszy posiłek. Druga położna i pielęgniarka noworodkowa wychodzą. Lekarz bada jeszcze moją bliznę po cc, gratuluje mi i też wychodzi. Wkrótce zostajemy sami ? we trójkę: ja, mąż i nasza kruszynka. Siedzimy tak przez kolejne 2 godziny popijając wodę i zaspokajając wilczy apetyt, który mnie dopadł, wszystkim, co mieliśmy w torbie (biszkoptami, sztanglem i grzybowymi BakeRollsami). B. od czasu do czasu do nas zagląda, by sprawdzić czy wszystko ok. Około 6 przejeżdżamy na salę poporodową. Pielęgniarka z oddziału pyta B. po jakim jestem porodzie. ?Naturalny, stan po cięciu, bez znieczulenia, bez nacięcia?. Jestem z siebie dumna! Jestem ogromnie wdzięczna B. Jestem szczęśliwa i spełniona. Po przybyciu na salę poporodową idę pod prysznic. Miło zmyć z siebie trudy ostatnich kilku godzin. Trudy, bo nie było łatwo i bezboleśnie, ale ?. czuję, że chciałabym to przeżyć jeszcze raz! Potem kładę się do łóżka i, mimo trzech prawie nieprzespanych nocy, nie mogę zasnąć. Patrzę na moją malutką córeczkę, na zasypiającego na krześle męża i rozkoszuję się NAJPIĘKNIEJSZYM DNIEM W MOIM ŻYCIU.

 FotoMagdyVBAC

Komentarze  

 
0 # Arleta 2013-03-02 18:45
ah :) Fajnie się czyta :) nie ma to jak poród sn. Piękna chwila tuż po zobazceniu dzieciątka :)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Magda 2013-03-04 18:31
Ach, jak cudownie, że można urodzić siłami natury po cesarce. Znam kilka dziewczyn, które rodziły przez CC i bardzo budujące jest to, że jest dla nich nadzieja na poród siłami natury.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Basia 2013-03-12 21:53
Piękne
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.