You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Poród - miłość rodzi się w cierpieniu

08.09.12 Tego dnia obudziłam się o 11:00. Z nastawieniem na kolejny dzień z cyklu "kiedy córka zechce wyjśc".

Miałam na uwadze fakt, że od 2 tygodni mam rozwarcie na 1,5 palca (3cm), zgładzona szyjkę i czop śluzowy odchodzi mi co rano po trochu. A tydzień temu dostałam skierowanie do szpitala, bo według ginekologa mogłam urodzić w każdej chwili!  

W szpitalu jednak chcieli mnie zostawić na patologii ciąży. Powiedzieli, że mogę tam przeczekać na "akcję", ale nic nie będą mi podawać, bo to dopiero 37 tydzień ciąży.. Wolałam więc wrócić do domu.

"Słoniowatość" jakoś pozwoliła mi wykonać poranne czynności. No i do pomocy miałam męża.

Około 13 poczułam skurcz. Brzuch napiął mi się na kilka chwil i rozprężył. Było to lekko bolesne. Po godzinie nadszedł kolejny. Czy to już to? Nie wiem. Przecież nigdy nie rodziłam. A ostatnimi czasy ciągle zastanawiałam się jak to jest czuć skurcz porodowy i jakoś nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Każdy tylko mówił, że przychodzi falami i że na pewno będę wiedzieć. Teraz nie wiedziałam.

O 17 skurcze zaczęły się nasilać. I pod względem bólu i częstotliwości. Były co 15min i trwały około minutę. Zastanawiałam się czy to "to". Cały czas leżałam. Z resztą robiłam tak od 2 tygodni, bo ciężko było mi się chociażby poruszać przez ten ciężar, ból krzyża i opuchliznę stóp i dłoni, która niesamowicie szczypała. Masakra..

O 19 skurcze były już co 2 minuty, trwały minutę i zaczęły bolec. Tak jak przy lekkiej miesiączce, a przyzwyczajona jestem do mocnych miesiączek, które nieraz doprowadzały do łez i zwalały z nóg..

Poszłam pod prysznic, jak radzili. Skurcze nie ustały.

Oznajmiłam o tym mężowi. Spakowaliśmy do końca torbę (kosmetyki) i zadzwoniliśmy po teścia, bo jako jedyny miał samochód. Uf.. Nie wiedziałam czy zostanę w szpitalu czy może jeszcze nie..

O 20 dotarliśmy do szpitala. Przyjęli mnie. Wypełnili dokumenty, pobrali krew i podłączyli do KTG. Potem kazali wypełniać jakieś papiery. Jak bym nie miała lepszych zajęć w stresie i bólu, który przybierał na sile..

Kolejno zrobili badanie dopochwowe. Rozwarcie na 2 palce (4cm). Skurcze co minutę.
- Do porodu - oznajmiła lekarka.
A więc jednak. Uh..
- Rodzimy - powiedziałam mężowi, który czekał przed drzwiami.
Nr-1

O czym myślałam? Co? Jak? Nie wiedziałam. Czułam.. pustkę. Niewiadomą. Wielki znak zapytania.

Co to będzie..?
Jakaś położna zabrała mnie do pokoju gdzie zrobiła lewatywę. Przełamałam wielki wstyd i zgodziłam się na nią dobrowolnie. Uważam, że tak będzie lepiej. Więcej miejsca dla dziecka przeciskającego się i mniejsza możliwość zrobienia " niespodzianki" prąc. Gdy wyszła, ja "zrobiłam swoje".

Na korytarzu, gdzie czekał mąż, pojawiła się położna. Zaprosiła do windy.
- Do szkoły rodzenia chodziliście?
- Nie..
Nic nie powiedziała, ale po jej dziwnej, rozżalonej minie widziałam co o tym sądzi. To tylko mnie mocniej wystraszyło.

Na porodówce było intymnie. Tylko ja i mąż. Położyłam się na łóżku porodowym, a położna podłączyła mi KTG. Na zegarze wybiła 21:00.

Po jakimś czasie położna przyniosła piłkę. Usiadłam na niej, a za mną mąż. Przedramiona miałam oparte na jego kolanach i lekko podskakiwałam. Skurcze zaczęły być bardzo nieprzyjemne. Na zapisie od KTG wykaz przekraczał skalę...
Nr2

Położna powiedziała mi, żebym podczas skurczu oddychała szybko, tak "hu,hu,hu,hu,hu", a gdy mija - wolno, powoli, wdychała nosem, wydychała buzią. Faktycznie - tak oddychało się najlepiej.

O 22 musiałam iść do toalety za małą potrzebą. W drodze powrotnej złapał mnie mega skurcz i myślałam, że nie dam rady już wrócić. Musiałam na chwilę stanąć, a potem mąż pomógł mi jakoś wrócić na porodówkę.

Na sali grało radio. Jakiś mecz siatkarski, albo muzyka. Trochę śpiewałam "w głowie" i jakoś żyłam.. Skurcze odebrały mi ochotę na stanie i położyłam się. Położna akurat weszła. Sprawdziła rozwarcie, gdy miałam krótką przerwę w skurczach.
- Ile jest? - Wydusiłam z siebie.
- 8cm, już niedługo - odpowiedziała.

Miałam w większości zamknięte oczy. Tak bardzo bolały skurcze. W końcu stwierdziłam, że chyba nie dam rady. Marzyłam, żeby to się już skończyło. Mąż trzymał za rękę, a ja tylko co jakiś czas mówiłam:
- Wody!
- Wachluj!
Byłam spocona jak nigdy dotąd. Do tego wręcz sparaliżowana. Moim ciałem rządziły bóle. A jeszcze tyle mnie czekało. Skąd wezmę siły ? Przecież teraz nie miałabym ich nawet tyle, żeby wstać..

Położna przyszła i wsadziła mi wenflon. Bardzo protestowałam, bo uważałam go za niepotrzebny. I tak na prawdę bardzo się boję igieł. Wszystko tylko nie to :D ale za dużo do powiedzenia nie miałam..

Jakoś o 23 położna znów zawitała i zrobiła swoje.
- No jest 9 cm, ale pęcherz płodowy nie pękł. Chyba go pani przebijemy, bo się pani zamęczy.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam mocy odpowiadać. Tracić zbędnie siły. Byłam skupiona na jednym. Nie robiło mi nic. W głowie pustka.
Byłam jakby nie sobą, tak jak zawsze przy wielkim bólu mam. Jak by mnie nie było, jakbym zaraz miała umrzeć. Przerw między skurczami jakbym w ogóle nie miała. Może takie sekundowe. Masakra.
Położna kazała wyjść mężowi i razem z jeszcze jedną przebiły mi pęcherz. Chlusss! Wody poszły. Poczułam tylko ciepło. Żadnego bólu. Dużo ich nie było.

Mąż wrócił, one wyszły, a ja dalej umierałam z bólu. Dosłownie myślałam, że umrę. Najbardziej bolały mnie plecy. Miałam bóle krzyżowe. Nie mogłam się ruszać, pociłam się jak nie wiem i miałam ciągle zamknięte oczy. Sama nie wiem czemu. Tak mi było w tamtym momencie lepiej.

Zaczęłam czuć chęć parcia. Położna powiedziała bym przekręciła się na kolana. Jakimś cudem mi się to udało.
Czułam jak dziecko schodzi niżej. Zaczęłam czuć coraz większy ucisk. "Zapychało" mnie co jakiś czas - takie uczucie silnego skurczu partego, ale sekundowe. Położna mówiła, żeby nie przeć tylko wytrzymać tyle, ile idzie samo.

O 23.40 położyłam się jakimś cudem znowu na plecy. Naprawdę ciężko było. Położna podniosła nieco oparcie fotela i kazała położyć nogi do góry. Ja jeszcze chwyciłam się u góry rękoma jakiejś barierki. Czułam, że tak będzie mi lepiej.
- Na szczycie skurczu proszę z całej siły przeć. Niech partner podtrzyma głowę! Od razu poczujesz się lepiej - powiedziała położna.
Faktycznie! Nagle, nie wiem skąd, poczułam przypływ sił. Moc. Niesamowite pokłady energii. To adrenalina. Zrobiła swoje. Ulgaaa.
Parłam z całych sił. 3razy przy tym jednym skurczu. I wydusiłam:
- Widać główkę?
- Nie.. - odpowiedziała.
5 sekund przerwy i znowu. Parłam jak szalona. Pociłam się jak nigdy w życiu. Mąż dopingował i czuwał, a ja byłam w swoim własnym świecie.
Nie obchodził mnie ten świat, otoczenie, to jak wyglądam i co się dzieje. Tylko parłam. Tylko na tym właśnie byłam skupiona. Tylko to było teraz ważne.
- Pić - dukałam w każdej przerwie między skurczami.

- Jest główka, widać ciemne włoski! - usłyszałam od położnej.
Uff.. Brzmiało idealnie. Czułam takie jakby wypełnienie. Nie ból. To było nawet.. Przyjemne? Dziwne.. Oczy miałam ciągle zamknięte i parłam na szczycie skurczu, tzn. jak się zaczął, to chwilkę poczekałam i wtedy dopiero parłam.
3 skurcz party. Tak mocno parłam, że aż plułam. Pamiętam :D

Nagle prąc .. ał!! Aż otworzyłam oczy. Ale zaszczypało uh..! Nacięli mnie. Nie widziałam, ale czułam.. Zaraz przeszło i dalej "robiłam swoje".

Minęła 00:00. A chciałam zdążyć urodzić 8ego! (Ja mam urodziny 08.10)Nie wyszło. Dalej parłam przy jednym skurczu, jakieś 3razy po około 10sekund..

Otworzyłam lekko oczy, a tam nagle stał lekarz, ta położna i jakieś dwie inne. Pamiętam jak podtrzymał mnie na duchu widok uśmiechniętego ordynatora. Wiedziałam, ze wszystko idzie dobrze.

00:20 - Chlust ! Poczułam mega ulgę. Zaraz po tym położyli na mnie małe cudowne, brudne od mazi płodowej, płaczące.. moje.. własne. . dziecko! Wtedy tylko ją trzymałam, oglądałam. Cała w amoku. Patrzałam i głaskałam. Mówiłam, że już wszystko będzie dobrze, że nie musi płakać, że jestem przy niej..
Nr-3

- Ja chcę jeszcze chłopca ! - powiedziałam uśmiechnięta trzymając malutką. Byłam zdziwiona, że już po wszystkim i zupełnie nic nie czuję. Żadnego bólu. Tylko szczęście i szok. W międzyczasie mąż przeciął pępowinę i wyleciało mi łożysko. Nie wiem kiedy to było. Nie widziałam niczego poza malutką córką Laurką :)

Zabrali mi ją na badania. Poszła z mężem. Mnie wtedy szyła jakaś położna. Jeszcze chwilkę wcześniej naciskała mi z całej siły boleśnie na brzuch.. 5 szwów tylko mi założyli. Nie było źle..
Nr-4

Na dzień dzisiejszy żałuje tylko, że nie spojrzałam w dół, gdy wyszła główka i nie widziałam malutkiej.. szkoda.. ale jakoś wtedy nie miałam sił otwierać oczu. I nie myślałam o tym..

Malutka wróciła z mężem. Kazali przystawić ją do piersi. Po raz pierwszy w życiu. Laura Klaudia urodziła się 09.07.12 o 00.20. Ważyła 3200g i mierzyła 49cm :) moja malutka księżniczka. Dostała 10 pkt Apgar. Zobaczyliśmy ją po raz pierwszy. Mieliśmy dla siebie 2 godziny.. Tylko ja, mąż i .. maleństwo. Cały czas przy mojej piersi. Rozmawiałam z mężem i patrzałam na malutką. Pokochaliśmy ją całym sercem. A tak długo myślałam jak to będzie już po porodzie, jak to w ogóle jest rodzic, przeżyć to i w końcu zobaczyć córeczkę. Już wiedziałam.
Cudownie - bez dwóch zdań.
Nr-5

Po dwóch godzinach przewieźli mnie i małą na salę poporodową. Dostałyśmy łóżko pod oknem. Położyli mnie na nim, a obok córeczkę.
Co teraz? Nic nie powiedzieli. Na sali była jeszcze jedna mama. Wymieniłyśmy kilka zdań. Odpoczywałam, ale nie mogłam zasnąć. Nie chciałam.

Po 3 godzinach przyjechała kolejna mama z synkiem. A ja czułam, że muszę iść do toalety. Spytałam babki czy mogę. Jakoś doszłam, nie czułam się słabo ani nic. Sikałaaaam jak szalona chyba 15 min! Wszystkie wody jakie miałam w sobie chyba właśnie wypłynęły :D.
Wróciłam nakarmić córeczkę. Dotykałam ją itd. To każda matka czuje co chce akurat robić ;)

Następnego dnia było mycie, ważenie itp. maleństw. Potem odwiedziny rodziny na korytarzu. Jakoś czas leciał. Teraz myślę, że było fajnie.
Byłam sama z córeczką ten pierwszy czas. Najgorzej tylko, że musiałam ją zostawić samą, gdy szłam się myc lub do toalety..

W 3 dobie mała dostała żółtaczki i musiałyśmy zostać na noc. Była naświetlana całą noc, tylko przychodziłam co 3 godziny ją nakarmić. No i w większości czasu czuwałam pod inkubatorem na krześle.
Nr-6

Okazało się jeszcze, że u maleńkiej wykryli szmery w sercu! Płakałam jak bóbr, gdy wzięli ją karetką do Gdańska (a jesteśmy z Gdyni) na badania :( !! Dobrze, że mąż wtedy przyszedł.
Płakałam i czekałam... Wyobrażałam sobie tyle rzeczy..

Po godzinie wróciła. Moja malutka! Okazało się, że to na szczęście nic poważnego i powinno zaraz minąć, bo jakieś kanaliki nie do końca się zamknęły. Za 3 miesiące mieliśmy iść na kontrolę. No, ale od razu z powrotem trafiła na naświetlanie i nawet nie mogłam jej wyściskać :( Tylko patrzeliśmy na nią z mężem bardzo szczęśliwi, że wszystko w porządku.
Nr-7

Nr-8

Piątego dnia już nas wypuścili. Ale koło 18:00. Wszystko było ok, żółtaczka miała tendencję malejącą. Ja czułam się dobrze, a maleńka jeszcze lepiej :). I.. w końcu do domu ! Super.

Na wadze miałam minus 13 kg :) a w ciąży ogólnie +16, także jest super i obyło się nawet bez rozstępów :D.

Niesamowicie było przeżyć taką "przygodę", zdobyć doświadczenie życiowe, które umacnia kobietę, daje jej siłę i pewność siebie, a przede wszystkim najpiękniejszy Skarb, na który czeka się 9 miesięcy. To niesamowite i niecodzienne móc przeżyć coś takiego. W jednym dniu - od skrajnego, paraliżującego bólu po nieskończenie ogromne szczęście nie do opisania.
Nr-9

I tak czas leciał. 2 pierwsze miesiące ciężkie. Dzidzia w ogóle nie spojrzała mi w oczy ani razu, dużo marudziła, płakała, zero uśmiechu jeszcze. Spała maksymalnie 3 godziny w ciągu dnia. Ciągle na rękach chciała być i chodzić po domu najlepiej. Sama nie umiała leżeć. A ja z resztą nie umiałam jej samej nawet na chwilkę zostawić. Była taka malutka i bezbronna. Kochana. Ale to wstawanie max co 3 godziny, to na początku ogromna zmiana i dosyć trudna. Często rządziło mną skrajne zmęczenie, wyczerpanie, ból piersi.. Oo tak, karmienie na początku jest bardzo trudne, bolesne i ciężkie. Ale tylko od nas samych zależy czy chcemy podołać tej odpowiedzialności czy nie. Dla mnie to było wpisane w macierzyństwo, tak samo jak zmiana dziecku pieluchy. To najlepszy start dla dziecka. To jedyne możemy mu dać od razu, a owocować będzie nawet za kilkanaście lat.

Moim zdaniem warto jest się tak poświęcić, przetrwać najgorsze i potem tylko się cieszyć. Przekonana na "własnej skórze" mogę potwierdzić, że chwile "przy cycusiu" z Maleństwem, to najpiękniejszy dla mnie czas. Wtulone, ssące niemowlę,nie widzące świata poza mną, kochające i szczęśliwe.. ach, piękny widok.

Kochałam ją za to, że jest. I i tak było cudownie, mimo trudności ;) Od 3 miesiąca już z reszta było tylko lepiej. Laktacja ustabilizowana, dziecko odwzajemniające uśmiech (najpiękniejszy prezent) i trzymające stały rytm dnia. Nauczyłyśmy się siebie nawzajem i poznałyśmy się dogłębnie :). Po 6 miesiącu życia mogę powiedzieć, że wiem na jej temat wszystko, rozumiem ją i znam jej potrzeby.

A teraz jest idealnie. Jest już taka mądra i kochana. Daje nam tyle radości. Wzbogaciła nasz świat. Jest cudna :*
Nr-10

Uwielbiam tą małą dziewczynkę :*

Jej śliczne duże niebieskie oczka :*

słodkie malutkie rączki i nóżki :*

..i każdą fałdkę :*

Uwielbiam jej odwzajemniony uśmiech, który daje mi tyle radości :*

Uwielbiam patrzeć jak co dzień dokonuje czegoś nowego :*

Jestem szczęśliwa za każdym razem, gdy zasypia w moich ramionach, gdy tak spokojnie wtedy oddycha..

Uwielbiam patrzeć na Nią, gdy śpi :*

W Jej dłoniach mieści się cały mój świat :*

Kocham chwile "przy cycusiu" :*

Kocham, gdy uspakaja się w moich ramionach, a ja uspakajam się przy Niej.
Nr-11

 Arleta Hoppe. Lat 21

Nr-8

Komentarze  

 
+2 # Madzia 2013-03-08 22:25
Wzruszyłam się czytając. Gratuluję pięknego, wzmacniającego doświadczenia. Dzidzia jest CUDOWNA:)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Karolina 2013-03-09 14:53
Naprawde ciekawa historia, przezylam to samo pare dni temu, i uwazam ze dla takich chwil z dzieckiem warto zyc, zmnieniaja sie nasze priorytety, stajemy sie matkami to jest cudowne(: pozdrawiam!supe r!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Basia 2013-03-13 21:56
Jesteś wspaniałą mamą.Życzę jeszcze wiele radości.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.