You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Mój zabawny piękny poród

Postanowiłam ,,pochwalić się'' swoim dniem porodu. Bo jak patrzę na to z perspektywy czasu to aż śmiać mi się chce:P Więc zacznę od tego,że coś zaczęło się dziać tak ok 8 rano.... Mdliło mnie,osłabiona byłam jak nigdy i zaczął boleć mnie brzuch u dołu... Ale oczywiście jak to ja zlekceważyłam to, wstałam, zjadłam śniadanie i??

Oświeciło mnie, że może warto tak kontrolować czas tego bólu... Co prawda nie był jakiś bardzo uciążliwy, ale tak jakoś mnie naszło. Nie był regularny, więc stwierdziłam, że chyba przesadzam. Nalałam wody do wanny i relaks błogo mi się zrobiło... Po kąpieli znów poczułam osłabienie, więc wróciłam do łóżka. Niby nic szczególnego. Przyszedł sen obudziłam się koło południa....otwieram oczy, włączam tv. Ból nasilał się z czasem. Patrzę na zegarek i znów mierzę....co 8 minut i po ok 45 sekund. Zamykam oczy i staram się odprężyć. Nie jest źle,nie boli aż tak bardzo. Co 7 minut po 50 sekund...To chyba jednak TEN CZAS. Więc i czas napisać do przyszłego Tatusia, Mam już jechać do domu??-Piotr ,,Niee... nie jest źle. Zostań do końca w pracy, to jeszcze tylko godzina''-ja. Tatuś zjawia się po 20 minutach Blady, przestraszony. A co ja robię?? Porządek w kuchni. Cała ja:) Ból co 5 minut... Ale ja oczywiście do szpitala się nie spieszę. Facebook, smsy i dobry humor. Ale podejmujemy decyzję, że już czas.

Pojechaliśmy do szpitala, gdzie na izbie przyjęć po trzech godzinach (czekaliśmy na lekarza,który się zgubił, zapis KTG, ponownie Izba) powiedzieli, że to jeszcze nie poród a jedynie skurcze przepowiadające. Tego chyba nie warto komentować. Oczywiście cała rodzina panika (dzięki Bogu mi się nie udzieliła). Pani Doktor odsyła nas do domu ewentualnie do innego szpitala,bo tu nie mają miejsca. telefon do teściów-gdzie jechać najlepiej i gdzie jest szpital na ul.Chałubińskiego. Przez telefon ciężko się dogadać, więc odwiedzamy teściów osobiście. Na spokojnie. Piję herbatkę, Piotr w tym czasie szuka dojazdu do szpitala.

W dobrym nastroju ruszamy w trasę. Ciemna ulica, szpital wygląda...jak wygląda. Tyle budynków-szukamy oddziału gin-położniczego. Jest! Korytarz do izby przyjęć jak z horroru. Skurcze co 3 minuty. W izbie przyjęć przyjemna Pani Pielęgniarka. Pyta o co chodzi i dzwoni po lekarza. Krótki wywiadz Panem doktorem i?? Jednak rodzę Usg,badanie gin. Rozwarcie na 1 palec. W świetnym humorze, przy wypełnianiu dokumentów zagadujemy praktykantki (sympatyczne dziewczyny). Koniec tego dobrego. Lewatywa. I oczywiście kolejny powód do żartów :P np. moje pytanie-czy zdążę do toalety i śmiech. Dostałam KARTĘ PRAW PACJENTA (nie pamiętam ani jednego zdania z niej.) I zapraszamy na oddział. Pani położna pyta czy Piotr zostaje ze mną. Odpowiedź oczywista- ZOSTAJE,BO JAK NIE TO PRZYWIĄŻĘ SIĘ DO NIEGO ŁAŃCUCHEM i znów śmiech . Sala porodów rodzinnych?? Super-świetne łóżko (o ile istnieje odpowiednie łóżko do porodu,bo ja leżeć nie chciałam wcale), obok wygodny fotel dla tatusia, radio, przygaszone światło, cisza spokój. I tylko słychać co chwila nasze "wybuchy" śmiechu. Przychodzi Pan doktor, bada, rozwarcie na 2 place i akcja postępuje.

Dostaję piłkę (najlepsza rzecz na świecie do porodu) siadam,opieram się o Piotra i jest super znośnie między skurczami odpisuję na smsy,odwiedzam od czasu do czasu Facebooka, żeby wiedzieć co się dzieje. Przychodzi inna Pani położna, KTG -Mały szaleje w brzuszku. I znowu piłka i tak kilka razy. I przyszedł moment gdzie musiałam się położyć. Niczym zawodnik sumo wtaczam się na łóżko Pani położna bada i?? 8 cm rozwarcia.

Boli coraz bardziej i już nie jest tak znośnie,ale nadal z humorem. Po jakimś czasie przychodzi Pan doktor i też bada 9 cm i tu humor mnie opuszcza bo już jest ciężko. Pierwsze myśli, że drugiego dziecka nie będzie. Pani położna znów każe się położyć...zamięszała coś rękoma-hlus wody odeszły i zaczęło mega boleć. Oddycham tak jak mi każą-pomaga. Z tej części niewiele pamiętam, pamiętam tyle, że pytali czy chodziłam do szkoły rodzenia, bo dobrze sobie radzimy. Sciskam ręce mojego Piotra przy każdym skurczu, lecą pierwsze łzy. Piotr poprawia mi grzywkę. ,,Zobacz widać główkę'' to pamiętam wyraźnie i tak samo wraźnie pamiętam jak kazałam spadać mojemu Piotrkowi jak chciał, żebym spojrzała.

Nareszcie pozwolili mi wstać Pani położna każe kucnąć przy łóżku, postawić całe stopy na podłodze zaprzeć się mocno o łóżko i przeć. Z tyłu trzyma mnie Piotr. Tu już sama nie wiem czy był ból czy bardziej wysiłek i bardzo dziwne uczucie.. Krzyczę. Pani położna(zdecydowwana kobieta) mówi, że nie mogę z nią walczyć, bo nie jest mi w stanie pomóc i że mam nie krzyczeć (a to wszystko wymknęło się z pod kontroli). Wracamy na łózko. Nie pamiętam jak to było dokładnie wiem,że miałam nie przeć tylko dmuchać...chwilę potem parcie JEST MOJA KRUSZYNKA!!!!!!!!!!!!!! 3950g i 56cm 10 punktów w skali APGAR. Nie płacze. Ja oczywiście panika. Wytarli Mu buziaczka i nareszcie dostaję Oskara na brzuch. Nie wiem sama skąd się to wzięło, ale płakałam prawie histerycznie (z radości oczywiście) Tato też płacze. Całuje mnie w czoło. Nie wiem co się ze mną dzieje, ale to już nie ważne. Rodzimy łożysko(pikuś). Biorą Małego Tatuś idzie z Nim. Do mnie przychodzi Pan doktor -znieczulenie, szycie.

OskarKlaudia

Nie wiem po jakim czasie, ale wstaję z łóżka-pomaga mi Piotr i Pani Cudowna Położna. Idę na salę obok, znowu się kładę i dostaję moje płaczące zawiniątko od razu cycuch i spokój. Zostajemy tylko w trójkę. Ten moment pamiętam najbardziej. Było cudownie. Przychodzą po Malucha a ja z Piotrem idę pod prysznic...Boże jak mi dobrze i świeżo. Wszystko powoli delikatnie i spokojnie....jaki teraz mam dziwny brzuch Ogarnęłam się. Jedziemy na salę. Łóżko. Ale czy ja jestem zmęczona?? Nie czuję. Jest 2.20 w nocy,a mnie aż roznosi. To chyba jeszcze adrenalina i radość. W końcu zasypiam.

Rano budzi mnie Pani pielęgniarka. Moje pierwsze pytanie?? Kiedy dostanę dziecko. Jak tylko o własnych siłach wstanę. Nie było łatwo, ale wyczołgałam się z łóżka, bo już tak bardzo za Nim tęskniłam. Przez korytarz i...JEST! Biorę wózeczek i na salę. Resztę czasu spędziłam patrząc w syna jak w obrazek. I już nic nie jest ważne. Pierwsze odwiedziny-tatuś i rodzice.Wszyscy zakochani w Małym Brzdącu Wspomnienie z porodu?? Rewelacyjne. Każdej kobiecie życzę takiego podejścia, wsparcia, ekipy w szpitalu i szczęśliwego rozwiązania.  

Klaudia

Komentarze  

 
+4 # Karolina 2013-03-16 08:17
:lol: super opowiadanie!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.