You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Nasz maleńki cud

Wychodząc za mąż wiedziałam, że kolejnym etapem w moim, w naszym życiu będzie pojawienie się maleństwa. Nie czekaliśmy, nie kalkulowaliśmy czy nas będzie stać na dziecko byliśmy zdecydowani. Zaczęły się starania. Jakież było nasze zdziwienie a jednocześnie radość, że już po pierwszej próbie test ciążowy pokazał dwie kreski.


Radość, nieopisana radość. Niestety nie dane nam było Cieszyć się długo. Kilka dni po zrobieniu testu zaczęło się coś dziać, coś niedobrego ? bóle brzucha, krwawienie, wizyta w szpitalu i suchy, beznamiętny komunikat lekarza? ?poroniła pani, ale niech pani mi tu nie histeryzuje to nawet jeszcze nie było dziecko, to był tylko płód?. Cierpiałam. Bardzo. W tej jednej chwili zostałam całkiem sama. Bez dzieciątka, bez wsparcia, bez jakiegokolwiek współczucia. Po wyjściu ze szpitala ( zresztą na własne żądanie) z nikim nie rozmawiałam na temat tego co się stało. Nikt nie porozmawiał ze mną. Czułam że nie mogę, nie chcę, nie potrafię. Zamknęłam się w sobie, odepchnęłam męża, rodzinę. Pragnęłam dziecka ale nie potrafiłam zapomnieć o tym które utraciłam.

Mąż który starał mi pomóc postanowił, że wyjedziemy gdzieś żeby pobyć tylko we dwójkę, poukładać sobie wszystko i żeby zdecydować co dalej. Na początku nie chciałam jechać ale zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Pojechaliśmy. Dziś mogę powiedzieć że ten wyjazd był nam potrzebny bo gdyby nie on nasze życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Ostatniego dnia pobytu nad morzem kupiliśmy lampionek szczęścia. Wieczorem poszliśmy na plażę i wypuściliśmy go w niebo a naszym życzeniem było żeby w naszym życiu pojawiło się maleństwo. Zaczęliśmy kolejne starania o dziecko.

Trwało to jakiś czas. Gdy już straciliśmy nadzieję a ja byłam już gotowa na rozpoczęcie kuracji hormonalnej. Zdarzył się cud. Pierwszy i nie ostatni jak się później okazało. Test ciążowy znów pokazał dwie kreski. Jednak tym razem radość mieszała się ze strachem. Zanim powiedzieliśmy rodzinom chcieliśmy mieć pewność że wszystko jest dobrze.

Nigdy nie zapomnę wizyty u lekarza, i tych słów ? gratuluję pani, jest pani w ciąży. Proszę spojrzeć, tutaj jest nasza fasolka?, łzy leciały ma jak szalone. Z gabinetu wyszłam jak na skrzydłach. Nie mogłam opisać swojego szczęścia. Pani doktor zaleciła zapobiegawczo leki na podtrzymanie ciąży, które w efekcie uratowały moje maleństwo.

Początek przebiegał wręcz książkowo. Idealne wyniki badań, zero mdłości, omdleń. Rewelacja. Aż do 14 tygodnia. Nad ranem obudziłam się i czułam że coś jest nie tak. Poszłam do łazienki a tam szok. Krew lała się ze mnie strumieniami. Z tego wszystkiego pamiętam tylko drogę do szpitala i moje prośby żeby maluszek mnie nie znowu nie opuszczał, żeby został ze mną, że nie pozwalam mu odejść. W szpitalu izba przyjęć, bardzo niemiła pani doktor której robie problem na koniec dyżuru. Badanie, usg i jej słowa ? dziecko żyje, łożysko się nie odkleja?. W szpitalu zostałam kilka dni. Później wizyta u mojej pani ginekolog, kolejne leki na podtrzymanie ciąży, leki na uspokojenie. Po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Ale strach pozostał już do samego końca.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Kolejne wizyty lekarskie, spotkania z maleństwem ? od 20 t. spotkania z córeczką :), kolejne badania. Kompletowanie wyprawki, kupno łóżeczka, wózka i snucie planów na przyszłość. Dobry humor powrócił. Nie zepsuło go nawet nadciśnienie.

Nadchodził termin porodu wyznaczony na 16 października. Nie mogliśmy się doczekać.

Był 5 październik. Rano wybrałam się z mężem na ostatnie zakupy. Po powrocie wysprzątałam dom. Wieczorem zaniepokoiło mnie ciśnienie, było naprawdę wysokie. Powiedziałam o tym mężowi i mamie, która zadzwoniła do swojej znajomej położnej co mamy w związku z tym robić. Położna powiedziała, że jeśli się coś dodatkowo dzieje to mamy natychmiast jechać do szpitala. Wzięłam jeszcze tylko szybki prysznic, spakowałam ostatnie rzeczy i pojechaliśmy.

Na oddział przyjmowała mnie ta sama lekarka co przedtem, jednak tym razem była milsza. Po zbadaniu stwierdziła, że na jej dyżurze nie urodzę. Ale ze względu na ciśnienie zostawi mnie na obserwacji. W nocy miałam skurcze co 2-3 minuty ale szybko ustępowały i znikały na godzinę,dwie. KTG tez niczego nie wykazywały. Rano obudził mnie potworny ból brzucha. Dałam radę dojść do łazienki i wykąpać się. Na korytarzu spotkałam panią doktor, powiedziałam jej że chyba coś się dzieję że w nocy zaczęłam plamić. Wzięła mnie na badanie. Jakież było jej zdziwienie, miałam pełne rozwarcie. Natychmiast na porodówkę. Na szczęście mąż zdążył przyjechać do szpitala. Od tego czasu rodziliśmy już razem.

Dwie godziny potwornego bólu, potu, łez. 6 października o godzinie 10 przyszła na świat nasza córeczka. Nasz maleńki cud. Laura ? 3060g i 52 cm. Śliczna, zdrowa i silna. Dostała 10 punktów.

A my staliśmy się najszczęśliwszymi rodzicami na świecie. Płakaliśmy oboje z radości ze szczęścia a ja postanowiłam kochać córkę podwójnie ? za to maleństwo którego nie dane mi było przywitać na świecie. 

Aleksandra

Komentarze  

 
0 # Magda 2013-07-27 00:18
Gratuluję siły, wytrwałości i narodzin córeczki:)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.