You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Never ending story

Mój poród był długi, najeżony trudnościami, ale jednocześnie był najpiękniejszym wydarzeniem, jakie mogło mnie spotkać. Mój synek jest wspaniałym, dziś pięciomiesięcznym, wyczekanym, najkochańszym skarbem. W przyszłości chcę mieć drugie dziecko i już się nie boję rodzić, przeciwnie- wiem, że będę na ten poród czekać.

Jak to się zaczęło? Leżałam od dwóch dni w szpitalu, ponieważ chciano zrobić mi dodatkowe badania i upewnić się, że moja miednica nie będzie za wąska, żeby urodzić siłami natury. W dniu, w którym miałam wyznaczony termin porodu, od 7. rano zaczęło się coś dziać. Dostałam pierwszego skurczu. Był dość silny i zupełnie niespodziewany, aż musiałam zacisnąć zęby, żeby nie krzyknąć, bardziej chyba ze strachu, niż z bólu. Za jakieś 15 minut drugi skurcz - zgięłam się w pół i jakoś go przeczekałam. Pani, z którą leżałam na sali, zauważyła, że coś się święci, zapytała jak się czuję. Powiedziałam, że chyba mam skurcze. Krzyknęła - "hurra! pewnie niedługo będziesz rodzić! ciesz się, kobieto!" Ja, prawdę mówiąc myślałam głównie o tym, że to rzeczywiście boli i szczerze nie spodziewałam się, że aż tak bardzo.

Do godziny 9. skurcze były już co 10 minut. Po obchodzie lekarskim zostałam zbadana, rozwarcie było minimalne, pani doktor zasugerowała, że mam skurcze przepowiadające. Wtedy trochę wystraszyłam się tego, jak bolesne będą te prawdziwe, porodowe skurcze! Co kilka minut zginało mnie w pół, czerniało mi w oczach. Jeśli akurat stałam a nie leżałam, zwijałam się w kulkę. Po południu skurcze były równo co 8 minut. Poprosiłam o kolejne badanie - znowu rozwarcie minimalne. Wykonano mi również badanie KTG, które zarejestrowało w ciągu 10 minut jeden skurcz, podobno niezbyt silny. Odesłano mnie z powrotem na salę i kazano uzbroić się w cierpliwość. Późniejszym popołudniem odwiedził mnie mąż, powiedziałam mu, żeby następnego dnia wziął sobie wolne. "Do jutra na pewno urodzę, oni się nie znają"- pamiętam, że tak mu wtedy powiedziałam i wcale się nie pomyliłam.

Skurcze były coraz silniejsze. Zapisywałam sobie w notesie dokładne godziny i czasy ich trwania. Wydłużyły się do minuty, stały się cięższe do opanowania. Leżałam, wstawałam, kręciłam się po sali, po korytarzu, co chwilę zatrzymując się i opierając o ścianę lub parapet. Wieczorem nadal miałam skurcze, coraz częściej, co 6-7 minut, polecono mi się zdrzemnąć, jeśli dam radę. Drzemałam kilka razy, po 5 minut, w przerwach między skurczami. Przetrwałam jakoś do nocy, kręcąc się w łóżku, próbując oglądać telewizję i przysypiając między skurczami. Nie wiedziałam, że można tak szybko zapadać w drzemkę i budzić się! Po godzinie 24. skurcze miałam już co 2-3 minuty. Przy wizycie w toalecie zobaczyłam, że odchodzi czop śluzowy. Doczłapałam się do gabinetu pielęgniarek i poprosiłam o badanie. Zawołano lekarza, który stwierdził 5 cm rozwarcia i wysłał mnie na porodówkę.

Pamiętam jak pakowałam wszystko, co leżało na wierzchu, do torby, szybko, byle jak. Strasznie się cieszyłam, że to już! Myślałam sobie: "Rodzę! Ja rodzę! Zaraz zobaczę mojego synka!" Bałam się i odczuwałam wielką radość, ekscytację jednocześnie. Kiedy się spakowałam, poproszono mnie jeszcze do gabinetu zabiegowego na lewatywę. Nigdy wcześniej nie miałam lewatywy, więc obawiałam się, jak to jest. Okazało się, że to na szczęście nie boli i nie jest tak nieprzyjemne, jak by się mogło wydawać.

Na porodówce położna dała mi szpitalną koszulę do ubrania, podłączyła KTG, jeszcze raz sprawdziła rozwarcie. Za chwilę dostałam do wypełnienia plan porodu, chociaż szczerze mówiąc nie wiem, po co, bo i tak później byłam ponownie o wszystko pytana. I nie, nie rodziłam w prywatnej klinice, tylko zwykłym szpitalu państwowym. Traktowano mnie naprawdę dobrze, z szacunkiem i zrozumieniem. Zapytałam położnej, czy mam dzwonić już do męża, bo chciałam, żeby był przy porodzie. Położna poleciła mi "zawołać męża na 5-6 rano". Nawet nie wiem, kiedy minęło te kilka godzin zanim przyjechał. Ciągle miałam skurcze, coraz silniejsze, położna poradziła mi jak oddychać,żeby lepiej je znieść.

Okazało się, że poród postępuje bardzo wolno, o godzinie 8. lub 9. rano podłączono mi kroplówkę z oxytocyną. Rano zajęła się mną druga położna, która została już do samego porodu i była bardzo pomocna. Poradziła mi zmianę pozycji, leżenie na bokach, korzystanie z dużej, gumowej piłki, kąpiel w wannie. Skorzystałam ze wszystkich rad i muszę przyznać, że kąpiel to świetna sprawa! Skurcze bolały jakby mniej, a ja mogłam znowu "zdrzemnąć się" pomiędzy nimi. Ale przyszedł czas, że w wannie zaczęło mi się robić słabo, więc wróciliśmy na fotel porodowy i próby leżenia na bokach lub rodzenia w pozycji kucznej. Czas mi się dłużył niemiłosiernie, ciągle pytałam położną i męża, kiedy ja wreszcie urodzę. Żeby jeszcze oni to wiedzieli! Największy kryzys przyszedł, kiedy słyszałam jak na sali obok właśnie urodziło się dzieciątko. Wtedy popłakałam się i stwierdziłam, że ja nie urodzę nigdy i że to trwa za długo. W głowie zaczęła się odtwarzać piosenka "Never ending story". Całe szczęście wspierali mnie mąż i położna, podnosili na duchu a ja przecież w głębi duszy wiedziałam, że musi się udać!

Około godziny 2. lub 3. po południu położna kazała mi przeć, jeśli będę czuła taką potrzebę. Zrobiło się zamieszanie, ja próbowałam przeć i chociaż bolało mocniej, czułam wewnętrzną ulgę, bo wiedziałam, że już niedługo, że zaraz urodzę! Położna zapytała, czy zgadzam się na nacięcie krocza. Zgodziłam się, nacinano mnie podczas trwania skurczu i nawet tego nie poczułam. Nagle zjawił się lekarz, drugi lekarz i jeszcze jedna położna. Zaczęli mnie motywować do parcia, coraz mocniejszego i dłuższego. Kazali przeć dłużej niż trwały skurcze, ponieważ była taka potrzeba. Było to dla mnie wtedy niesamowicie trudne, miałam katar i zatkany nos uniemożliwiał mi prawidłowe oddychanie. Przez ten zatkany nos wydawałam dziwne odgłosy podczas parcia, trochę jak zarzynane prosię, trochę jak atleta podczas zawódów w podnoszeniu ciężarów. Lekarz ciągle się tym bulwersował, kazał mi oddychać, ja na niego krzyczałam, że nie umiem i mówiłam, że postaram się przeć lepiej, ale niczego nie gwarantuję! Tak, w takiej chwili, chyba przez adrenalinę i coraz większe podekscytowanie, mimo okropnego zmęczenia, nawiedziło mnie jakieś osobliwe poczucie humoru. Mój mąż do dzisiaj śmieje się ze mnie, ja nie pamiętam wszystkiego, co mówiłam a podobno wygadywałam różne zabawne rzeczy.

Po długim parciu poczułam, że wyszła główka dziecka. Położna i lekarz spojrzeli na siebie i lekarz poinformował, że przy następnym skurczu musi mi pomóc. Wiedziałam, że to oznacza niesławny chwyt Kristellera, o którym naczytałam się wcześniej niestworzonych historii, ale zanim zdążyłam zaprotestować dostałam kolejnego skurczu, lekarz szybko przycisnął mój brzuch ręką, na której oparł ciężar swojego ciała i nagle... ulga! Euforia! Jakie skurcze?! Jaki ból? Nic już nie było, tylko szczęście i ogromna ulga! Usłyszałam krzyk dziecka. Szybko zabrali małego do drugiej sali.(Póżniej dowiedziałam się, że musieli to zrobić, bo przez długi poród synek był niedotleniony) Zaniepokoiłam się, czy wszystko z nim w porządku. Położna powiedziała, żebym się nie martwiła, że jest dobrze.

Mąż poszedł do małego, a ja czułam wielką radość, euforię, mieszankę wybuchową pozytywnych uczuć. Takie fale podniecenia, gorąca, zimna, miłości i szczęścia. Przygotowano mnie do szycia krocza, w międzyczasie urodziłam łożysko, ale sama nie wiem, kiedy to było - byłam wtedy tak rozemocjonowana, że nawet gdyby ktoś złamał mi nogę, to pewnie bym nie poczuła. Cały czas żartowałam z lekarzem, który mnie szył, kazałam sobie zrobić "jakieś ładne hafty, żeby mąż nie narzekał". Poczucie humoru naprawdę miałam wtedy dziwaczne, ale przynajmniej pan doktor trochę się pośmiał. Okazało się, że konieczne było łyżeczkowanie macicy, bo coś zostało w środku. Ostrzeżono mnie, że będzie bolało, ale ja nie czułam nic! Kompletnie nic! Tylko w głowie kołatały się radość i ciekawość, niecierpliwość, kiedy skończą i pokażą mi małego.

Zaraz po zszyciu przyniesiono mi synka. Popłakałam się. Był piękny! Cały mój! Taki wspaniały, malutki, bezbronny cud! Objęłam go ramieniem i pocałowałam główkę a on zaczął ssać moją pierś. Dla tej chwili mogłabym znieść jeszcze dwa takie porody a może jeszcze więcej. Było warto. Mój poród trwał ponad 16 godzin,w tym parcie ponad 2 godziny. Mimo wszystko, twierdzę, że nie ma niczego na tym świecie, co mogłoby się z nim równać. To najpiękniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam!  

1234

Komentarze  

 
0 # awansem.pl 2016-12-07 15:35
Post zdecydowanie przykuł moją uwagę. Pozdrawiam!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # hitre diete 2017-04-11 19:36
It is certainly an method that I'd say is not actually based on proof of what works and what's doubtless to
improve well being outcomes for people within the Medicaid
program, however a very ideological approach,” mentioned Judy Solomon, vice president for health policy at the progressive Heart on Finances
and Policy Priorities suppose tank.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.