You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Poród Dalii

Urodziłam w domu. Tak jak chciałam, tak jak marzyłam.

Poród jak poród, weszło – wyjść musi. Schemat jak u wszystkich: bolało, bardzo bolało, trochę parcia i oto bobas po drugiej stronie brzucha. Ale cała otoczka, miejsce, klimat, emocje – nie do odtworzenia w żadnym szpitalu. Dla mnie. Bo powiedzmy sobie jasno – ile kobiet, tyle porodów, tyle wyobrażeń o porodach, tyle różnych podejść do kwestii rozmnażania – i to jest ok.

Jestem przekonana, że niejedna z Was miała dobry poród w szpitalu – i to też jest ok. Ja również pierwsze dziecko tam urodziłam, ale dla mnie ten drugi poród był nie tylko związany z wyborem innego miejsca. Dla mnie to było bardzo głębokie przeżycie, sprawdzenie siebie jako kobiety, matki, oddanie się naturze i słuchanie swojego wnętrza. Nasze kobiece ciała są doskonałe i wiedzą jak rodzić. Razem z każdą moją komórką przeżyłyśmy to niezwykłe wydarzenie na 100%, wiedziałam co się po kolei dzieje, nie stałam obok, a aktywnie współpracowałam z moją rodzącą się córką. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, nikt nic nie przyśpieszał, nikt mi nie zadawał pytań typu „kim pani jest z zawodu?” ani nie mówił co i kiedy mam robić.

Oczywiście i dla mnie przyszedł moment zwątpienia. To ta chwila, kiedy myślisz „nie dam rady”, a tuż za nią czai się finał. Kapnęło parę łez, poleciało kilka kurew – ale chyba jednak lajtowo, bo nikt z sąsiadów nie zczaił, że się rodzimy.

Termin z ostatniej miesiączki i usg był ustalony na 4 lutego. Dwa dni wcześniej dostałam takiego rozstroju układu pokarmowego, że mówię „oho, to już!”, tak przecież było z pierwszą córką. Niestety przeczyściło mnie zawodowo i.. nic. Kolejny tydzień minął na parzeniu liści malin, łykaniu wiesiołka, chodzeniu na spacery, bzykaniu (to akurat było fajne w tym całym oczekiwaniu), masowaniu sutków, gadaniu z brzuchem, skakaniu na piłce, kucaniu i różnych innych dziwnych atrakcjach jakie sobie babki fundują z okacji końcówki ciąży. Nawet na wielkie lody pojechaliśmy z Małżonem i Starszaka do Dziadków wysłaliśmy na krótkie wakacje. No i nic. Nic się nie działo poza jakimiś skurczykami, które ciężko było nazwać regularnymi. Wizyta u ginekologa po „ostatnie L4″ zakończyła się depresyjnym wypisaniem skierowania na oddział patologii ciąży w celu wywołania porodu. Skierowanie z datą 11 luty, 41 tc.

Bardzo przygotowywałam się do porodu w domu, było to dla mnie ważne. A na końcówce zawisło nade mną to okrutne hasło „po terminie”, choć terminowa ciąża fizjologiczna ma widełki 38-42 tydzień. Zaczęłam się zwyczajnie dołować. Nie myślałam o niczym innym, jak tylko żeby już, natychmiast urodzić, więc całą listę rzeczy, którą wymieniłam wyżej, na przyśpieszenie porodu, wykonywałam cyklicznie, do znudzenia, i oczywiście NIC się nie działo. Poszłam nawet na oddział w pobliskim szpitalu porozmawiać z położnymi, że „w razie czego” się mną zajmą i stworzą warunki, w miarę możliwości, jak domowe. Naprawdę trafiłam na wspaniałych ludzi w tej ciąży (i nadal trafiam!). W końcu zadzwoniłam do znajomej Douli, od której dostałam ochrzan, postawiła mnie do pionu, KOBIETO! jak ty chcesz żeby coś się zaczęło dziać, jak sama siebie blokujesz! Wyluzowałam. Był 10ty luty, wieczór. Zadzwoniłam do Położnej i mówię, że na jutro skierowanie, co robić – decyzja – czekamy do czwartku, potem niestety szpital, takie mamy prawo w Polsce.

Położyliśmy Starszaka do łóżka, włączyliśmy odmóżdżający film z Brucem Willisem, ugotowałam sobie kaszkę mannę. Cały wieczór nie padło ani pół słowa „poród”, piłka poszła w kąt, już nawet się nie bzykaliśmy a sutki zamknęłam w żelaznym staniku. I o 3:00 obudził mnie skurcz. Doskonale wiedziałam, że to TO.

Wyskoczyłam z łóżka, zabrałam piłkę, cichaczem poszłam do łazienki. Spędziłam tam dwie godziny podskakując, licząc skurcze i grając w kulki na komórce. O 5:00 obudziłam Małżona, który stwierdził „ojezu, co robisz”, ale słysząc odpowiedź „rodzę” już był na nogach i nawet fuknął czemu nie dzwonię po Położną. No zadzwoniłam – o 5:30. Uradowana powiedziała, że łapie torbę i jedzie. Trochę jej zajęło, przyjechała godzinę później. Ja już zostałam okablowana, nadal na piłce, pod prądem, wszystkim rodzącym polecam Elle Tens.

I wtedy zostałam zbadana pierwszy raz. Położna sprawdziła rozwarcie (4cm), posłuchała tętna, odesłała z powrotem do łazienki. O 7:00 obudził się Starszak, podekscytowany, że rodzi się siostra i że jak wróci z przedszkola to już z nami będzie. Małż pojechał ją odwieźć i jak wrócił, przed 9:00 zostałam zbadana drugi raz – 8cm. I się zaczęło. Skurcze krzyżowe, bolesne, przeszły płynnie w bardzo bolesne, już nie wyłączałam Tensa, chociaż niewiele pomagał, ale podejrzewam, że wtedy i Anioł Pański by nie pomógł. Siedząc jeszcze na piłce poczułam głowę wpadającą w kanał i kość ogonową odginającą się do tyłu. Zlazłam, przyjęłam pozycję kolankowo-łokciową, i tak już zostałam. Oczywiście ta ciąża zaczęła się ostrym rzyganiem więc nie mogła się skończyć inaczej. Dobrze, że tym razem nie jadłam gyrosa, bo kiepsko się go zwraca. Z tej fazy pamiętam, że Położna mówi „przed główką jest balonik z wód, zanim główka wyjdzie musi pęknąć” i przypomniałam sobie, że z pierwszą córką też tak było. Tylko wtedy położna mnie dziabnęła przebijając pęcherz „bo tak będzie szybciej” – tutaj usłyszałam i poczułam jak pęka.

Przy doskonałej asyście Położnej kwadrans później usłyszałam kwilenie mojej drugiej córki. Po wyjściu główki poczułam jak przekręca się w stronę lewego uda by w kolejnym skurczu wyjść do końca. Nie pamiętam jak urodziła się moja pierwsza córka. Z porodu drugiej pamiętam każdą sekundę. Była owinięta pępowiną, którą osobiście przecięłam po urodzeniu łożyska. Pierwsza dostałam ją w ramiona, po cichu, bez ważenia, mierzenia, zabiegów szpitalnych. Nikt jej nie dawał zastrzyków, szczepionek czy witamin. Została ze mną przez pierwszą dobę, golutka, blisko, czując bicie mojego serca i ciepło ciała. Była duża – prawie 4kg, obwód głowy 35cm, a moje krocze w stanie nienaruszonym (+10 do komfortu życia po porodzie).

Żałuję, że nie zrobiłam fotki łożysku – kawał mięcha, prawie kilogram, pierwszy raz widziałam, niezła faza, miałabym na pamiątkę, do rameczki hehe.

Ach, no i zapomniałabym dodać, że cały mój poród na kuchence gotował się rosół – miał to być niby najlepszy posiłek dla mnie jak już będzie po wszystkim. Hmm.. Coś nie pykło, bo nie bardzo dało się go zjeść, dopiero po rozcieńczeniu z wodą jakoś wciągnęłam dwa kubki. Małżon mój go doglądał, w przerwie między skurczami, choć i tak nie miał za wiele do roboty – jak się potem przyznał „w szpitalu miał więcej do ogarniania”. Po takim porodzie muszę przyznać, że love tysiąc. Jasne, że córeńka piękna, że kocham, że emocje, dzidziuś, przytualmy się i w ogóle. Ale Małżon.. nigdy nie kochałam go tak mocno jak w czasie i po tym porodzie. Pewnie jakieś hormony są za to odpowiedzialne, bo tak samo z siebie to chyba niemożliwe, co;) Emocje towarzyszące narodzinom drugiej córki sięgnęły zenitu. I myślę, że ona też czuła, że przychodzi na świat otoczona spokojem i miłością. że ona też czuła, że przychodzi na świat otoczona spokojem i miłością. 

Magdalena

Komentarze  

 
0 # Darek Maciborski 2017-05-28 12:46
Hej, bardzo wolno ładuje się strona na mobilce
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # jak zarobic 100 zl 2017-05-31 01:23
Czy mi się wydaje czy storna co jakiś czas przestaje działać ?
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.