You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Odczarowane traumy

Kiedy dowiedziałam się, że po raz trzeci spodziewam się dziecka wiedziałam, że chcę urodzić inaczej. Od poprzednich porodów 9 i 13 lat temu przeszłam długą drogę... Obydwa odbyły się w szpitalu. Obydwa standardowo przyspieszane oksytocyną a potem z użyciem innych środków farmakologicznych, o których nawet mnie nie informowano, z nacięciem krocza (tak niefortunnie zrobionym że powstały rozległe pęknięcia), z przemocą słowną i szantażem emocjonalnym. Po obu porodach proces gojenia na ciele i duszy trwał bardzo długo. Miałam wrażenie że pozbawiono mnie czegoś bardzo cennego, że odebrano mi kontrolę nad moim ciałem i satysfakcję z trudu włożonego w urodzenie dziecka. Mimo, że porody położyły się cieniem na mojej psychice i ciele to jednak macierzyństwo tak pozytywnie mnie zakręciło, że zostałam Certyfikowanym Doradcą Laktacyjnym i Doulą.

Podczas szkoleń laktacyjnych i doulowych zobaczyłam, jak może wyglądać prawdziwy, fizjologiczny poród. Powstała we mnie tęsknota, że mnie nie będzie dane doświadczyć czegoś tak pięknego. A jednak... kiedy więc po raz trzeci zaszłam w ciążę wiedziałam że wszystko będzie inaczej i dołożę wszelkich starań żeby było pięknie.

Całą ciążę czytałam pozytywne opowieści o porodach aby napełniać się dobrą energią. Starałam się utrzymywać ciało w dobrej kondycji : pływałam i uważałam na to co jem. Martwiłam się jednak, jak ono da radę będąc po takich przejściach. Co będzie ze starymi rozległymi bliznami... Na miejsce porodu wybrałam dom narodzin i zdecydowałam się na wodny poród.

Termin porodu miałam na 23.07. jednak maluszek kazał na siebie poczekać jeszcze 6 dni. 6. dnia po terminie byłam już zniechęcona i bardzo pragnęłam aby poród już się zaczął. 7 dni po terminie miałam umówioną wizytę ginekologiczną i obawiałam się nieco że będą na mnie naciskać żeby wywołać poród. Dlatego postanowiłam spróbować metody opisanej przez Inę May Gaskin z olejem rycynowym. Rano zażyłam 30 ml oleju rycynowego z sokiem pomarańczowym w 3 dawkach w godzinnych odstępach. Ponieważ nic spektakularnego się nie działo (2 niezbyt gwałtowne wizyty w toalecie), byłam zawiedziona. Jednak ok. 17.30 poczułam pierwsze skurcze. Myślałam że to znów skurcze przepowiadające, ale przychodziły regularnie przez godzinę. Nie były bolesne. Pojawiło się podekscytowanie. Postanowiłam wziąć kąpiel, skurcze nie przeszły... zadzwoniłam do domu narodzin, że coś się zaczyna ale że nie chcę przyjeżdżać za wcześnie i umówiliśmy się że przyjadę jak skurcze pojawią się co 5 minut. Łatwo było mi znosić te skurcze, nie były zbyt bolesne, raczej dyskomfortowe. W telewizji leciała komedia, którą oglądałam w przerwach między skurczami. Ok. 20.00 lekko odeszły mi wody. Zaczęliśmy się z mężem szykować do wyjazdu. W samochodzie skurcze zaczęły mi dokuczać, ale dzięki oddychaniu radziłam sobie z nimi.

W domu narodzin byliśmy o 21.00. Cudowna atmosfera. Wszystkie położne stamtąd znałam, przywitały się ze mną tak ciepło i serdecznie. Poczułam się tak bezpiecznie, jak w domu. Weszliśmy na salę porodową. Przebrałam się w swoją koszulę do porodu... Położna Basia w przerwie między skurczami delikatnie mnie zbadała. Rozwarcie wynosiło 4 cm. Pomyślałam, że jeszcze długa droga przede mną. Basia zgasiła nam światło, zapaliła świeczki, włączyła muzykę i zostawiła nas samych . Skupiłam się na skurczach. W tamtych porodach był ból tu i teraz, wszechogarniający, miażdżący. Ból który mnie paraliżował i przytłaczał, ograniczał działanie. Teraz świadomość że skurcze przybliżają mnie do spotkania z moim dzieckiem pozwoliła mi na zupełnie inny ich odbiór. Były to raczej przypływy skoncentrowanej energii otwierającej moje ciało. Chodziłam i jak pojawiał się skurcz opierałam się o sprzęt znajdujący się w sali porodowej lub zawisałam na moim mężu. Skurcze były coraz silniejsze i chciałam już tylko być ramionach mego ukochanego. Jego bycie i trwanie przy mnie było dla mnie bardzo wspierające. Czułam jak między nami dzieje się coś bardzo ważnego. Kolejne badanie rozwarcia przyniosło wynik 6 cm czyli poród postępował szybko. Basia powiedziała, żeby jeszcze chwilę zaczekać i będzie napuszczać wodę do wanny. Skurcze zaczęły być silne, ale cały czas panowałam nad nimi. To, co w takim naturalnym porodzie jest cudowne to to, że ciało pracuje w swoim rytmie. Jest skurcz ale jest i odpoczynek. Nawet jeśli skurcze są silne to przychodzi chwila wytchnienia tak potrzebna podczas ciężkiej pracy. Przed wejściem do wody rozwarcie wynosiło 9 cm i byłam już zmęczona bardzo częstymi skurczami. Ciepła woda przyniosła mi ok. 10 minutową wspaniałą przerwę.

Zaczęło się parcie a brakowało mi jeszcze pełnego rozwarcia. Basia podpowiedziała mi jak pracować z oddechem aby jeszcze nie przeć. A potem zaczęło się... to był najtrudniejszy moment porodu. Schodzenie malucha w dół było bolesne, to napieranie i napięcie. Uwalniałam z siebie mnóstwo krzyku... kryzys przyszedł jak maluch wstawił się już główką zaczął napierać na krocze . Pomyślałam że rozerwie mnie na kawałki i że nie dam rady... musiałam w tym momencie postarać się nie przeć. To było trudne. Wszyscy zapewniali mnie, że świetnie sobie radzę i że już widać główkę i że już blisko. Myślałam że jak przepchnę główkę to najtrudniejsze będzie za mną. W końcu główka wyszła i miałam nadzieję że reszta szybko się wyślizgnie ale poczułam że coś twardego jakby zaklinowało się. Okazało się że mały utknął barkami i jeszcze był owinięty pępowiną. Jednak z pomocą Basi i jeszcze kilku silnym parciom udało mi się urodzić mojego syna o 23.42 czyli po niecałych 3h od przyjazdu do domu narodzin. Dostałam go szybko w ramiona. Był taki miękki i gładki i ciepły. Płakałam ze szczęścia, wzruszenia, emocji. Udało się, zrobiłam to. Ach... Jednak maluszek miał problemy z oddychaniem i wkrótce przecięto pępowinę. Synek dostał się pod opiekę neonatologa. Natomiast ja opuściłam wannę aby urodzić łożysko. Wkrótce malutek trafił do mnie na piersi. Nie chciał jednak ssać. Był ciągle oszołomiony tym pobudzaniem go do oddychania i ciągle kasłał więc trafił w ramiona taty. Łożysko odeszło a mnie zaopatrzono w 2 małe szwy. Nie pękłam na starych bliznach, nie byłam nacinana. Synek ważył 4180 i był największy z moich dzieci w momencie urodzenia, a spowodował u mnie najmniej obrażeń.

O własnych siłach wyszłam z sali porodowej. Chwilę potem poszłam pod prysznic. Czułam się naprawdę wspaniale. Postanowiłam spróbować nakarmić maluszka. Usiadłam i jakież było moje zdziwienie- normalnie siedzę, nic mnie nie boli. Maleństwo cudownie się przyssało. Do pokoju zapukała położna z pytaniem czy chcę coś zjeść. Dostałam kanapki i sok malinowy, który smakował jak by to było coś zupełnie wyjątkowego.

Długo z mężem nie mogliśmy zasnąć... to był wyjątkowy czas. Szkoda, że poprzednie porody nie były tak pozytywnym doświadczeniem, ale ten poród odczarował złe przeżycia i wspomnienia. 


Małgosia

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.