You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Letnia opowieść porodowa

To, że chcemy, aby Nela urodziła się w domu tak, jak jej starszy brat, wiedzieliśmy od początku. Kto raz spróbuje rodzić w domu, już nie pójdzie do szpitala z własnego wyboru... Przez całą ciążę byłam pewna, że urodzę raczej przed terminem niż po, czyli “celowałam” w koniec lipca. Z wielu względów było mi to na rękę - oczywiście okazało się jednak, że moja córka miała inne plany.

Minął koniec lipca, zaczął się sierpień, a ja wypróbowałam już chyba wszystko, z zakradaniem się do okolicznych bloków w celu wjechania windą na trzynaste piętro i zejścia schodami - osiem razy - włącznie. Miałam miliard skurczy przepowiadających w różnych okresach, począwszy od 37. tygodnia ciąży właściwie co chwilę, czasem regularne, czasem bolesne, a wszystkie bez wyjątku ustające. W końcu 10 sierpnia w desperacji (po czternastu dniach od terminu położna nie zgodziłaby się przyjmować porodu w domu) łyknęłam sobie oleju rycynowego z sokiem pomarańczowym. Obrzydlistwo jak mało co, działanie też niezbyt przyjemne, ale o 4 rano obudził mnie skurcz. Do 5 skurcze przybierały na sile, występowały często, a ja chodziłam. Potem położyłam się na kanapie, włączyłam Contraction Timer (taka ze mnie nowoczesna mamusia) i... obudziłam się po 6. Skurcze sobie poszły, przychodziły co jakiś czas, ale malutkie, takie, jakie bardzo dobrze już znałam. Nie przybierały na sile.

Tego dnia, 11 sierpnia o 11:00, czyli, jeśli liczyć standardowo, 10 dni po terminie, stawiliśmy się w szpitalu - ja z wieelkim brzuchem i mąż - na KTG i USG. Pierwsze KTG w moim życiu (w pierwszej ciąży nawet nie było takiej potrzeby) wykazało czynność skurczową - dobry znak, skoro KTG “czuje” te moje skurcze. Ale nadal były tak łagodne, że czasem sama zastanawiałam się czy to skurcz, czy nie, więc byłam pewna, że to wciąż przepowiadające. USG za to wyjątkowo rozmowny pan doktor skwitował “mmm... trzeba będzie rodzić”. W oczekiwaniu na standardową konsultację lekarską zadzwoniłam do Edyty, mojej wspaniałej położnej, i przeczytałam jej wyniki badań. AFI 3. To znaczy - bardzo mało wód płodowych. I te słowa: “ty wiesz, że z takimi wodami to w domu nie będziemy rodzić?”.

Do tej chwili nie czułam jak bardzo zależy mi na tym, żeby nie rodzić w szpitalu. Do tej chwili nie wiedziałam jak bardzo, bardzo wielkie nadzieje pokładałam w basenie rozstawionym na środku salonu już od niemal miesiąca. Po prostu wpadłam w panikę i wielki żal, ze łzami włącznie. Ale poczłapałam na konsultację do lekarza. Powiedział: wód bardzo mało, ale są skurcze, “dobrze byłoby dzisiaj urodzić”, nie da mi skierowania do Domu Narodzin, patologia ciąży. AAAA!!!! Nieee!!! “Niestety” (ach, jak bardzo “stety” dla mnie!) ostatnie miejsce na patologii na dziś oddał pacjentce przede mną (niech będą błogosławione kolejki w najpopularniejszym szpitalu w mieście, przez które przesiedziałam tam ponad 3 godziny na rutynowych badaniach!), więc wypisuje mi skierowanie na jutro na 9 rano. Ale najlepiej, jakbym “te skurcze podkręciła” i stawiła się dziś na porodówce. Po czym, nie informując mnie - cóż tu mówić o pytaniu - wykonał “przy okazji” (jego słowa) masaż szyjki macicy (to już nie jego słowa. Jego brzmiały: “trochę tą szyję pomiąchałem”).

Wymięta jak kartka papieru luzem w plecaku pierwszoklasisty (tak, mam takiego akurat w domu, uwierzcie mi, nie są to kartki pierwszej świeżości) zjechałam windą do męża czekającego na dole. Okazało się, że nie próżnował w czasie mojej wizyty lekarskiej - wykonał szybki research tajemnic AFI u wujka Google’a. Wynik: to się często zdarza przy upałach. To można szybko uzupełnić, dużo pijąc. Pełna nadziei wykonałam telefon do położnej. Opowiedziałam o skierowaniu i o tym, co wyczytał Mateusz. I nieśmiało - ale z jakim przekonaniem! - zapytałam, czy jeśli w ciągu dwóch godzin wypiję 3-4 litry wody, a moje skurcze rozkręcą się w czasie pozostałym do jutra do 9 rano, to ona przyjedzie do nas do domu przyjąć poród. Zgodziła się!

To ta ulga chyba spowodowała, że już w samochodzie w drodze na obiad mogłam odczuć, że skurcze coś jakby inne. Czasem się trafi mocniejszy. Jedząc obiad w restauracji zastanawiałam się, już z rozbawieniem, co by sobie pomyślały panie kelnerki, gdyby wiedziały, że zaczynam rodzić, a tymczasem wżeram sobie jakieś hinduskie żarcie... Wciąż jednak skurcze mieściły się w ramach znanych mi przepowiadających, więc starałam się zrobić wszystko w intencji ich rozkręcenia. W domu nie chciałam siedzieć bezczynnie, a że wszystko od dawna było już posprzątane na poziomie testu białej rękawiczki, wymyśliłam, że wreszcie pogramy w Sing Stara. Starszy syn był u babci, mogliśmy więc swobodnie, bez dodatkowych obowiązków, zająć się po prostu własną rozrywką. To był strzał w dziesiątkę... Szczęka! Rozluźnianie, otwieranie szczęki przy śpiewie! Jak mogłam na to nie wpaść wcześniej! Śpiewałam więc z całych sił, jednocześnie skacząc na piłce. Już od drugiej piosenki miałam około dwa skurcze na utwór, silne na tyle, że musiałam przerywać śpiewanie. Była 18:00. Niebawem musieliśmy przerwać zabawę, bo skurcze nie dały mi już odpocząć. Od tej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie...

Telefon do Edyty - jest na porodówce. Magda poza Warszawą. “Dzwoń do Marii!” - i tak historia zatoczyła koło: Maria przyjmowała na świat Stasia niespełna sześć lat wcześniej. W ciągu trzyminutowej listy standardowych pytań Marii muszę przerwać na skurcz, Maria jest ewidentnie zaskoczona jego siłą i długością, wziąwszy pod uwagę, że powiedziałam, że mam normalne skurcze dopiero od pół godziny... Telefon do douli i przyjaciółki, Pauliny. Telefon do fotografki Dominiki (brałam udział w projekcie “Ciepły mokry aksamit”). Szybki prysznic (bo jak nieprzyjemnie mała ta kabina!) i już tylko spokojne, spokojne oczekiwanie, kołysanie biodrami, oddechy, głębokie dźwięki, zamknięte oczy - i każdy, każdy skurcz mocniejszy! Już do końca porodu miałam mieć takie odczucie. Tempo porodu wydawało się być zawrotne.

Kiedy przyjechała położna, miałam chyba 4 centymetry rozwarcia. Od tamtej pory czas i centymetry znaczyły naprawdę niewiele - jedyne, co pamiętam, to wrażenia. Uczucia, odczucia, emocje, atmosfera - wszystko tak bardzo, bardzo niesamowite, mocne, nie z tej ziemi, wspaniałe, wspaniałe. Ciepła woda w basenie, gasnący dzień, potem świeczki. Dłonie Pauli na plecach, na ramionach, na krzyżu. Dłonie męża głaszczące mnie po włosach, potem tak bardzo potrzebne do ściskania, jego szyja i ramię do wtulania się. Wszystko to absolutnie, zupełnie niezbędne. I niewiarygodnie intensywne, szczegółowe wręcz doświadczanie procesu rodzenia się dziecka - krok po kroku, centymetr po centymetrze, byłam gdzieś bardzo głęboko świadoma tego, co się dzieje. Moje wewnętrzne oko widziało w jakiej pozycji jest Nelka, czułam, na jakiej jest wysokości, kiedy mogę dotknąć główkę, kiedy się przekręca, a potem słynny “ring of fire” (ognisty krąg) tuż przed wyłonieniem się główki i ogromną ulgę, kiedy to się stało. W ciągu całego procesu nadszedł jeden moment kryzysowy w okolicach pełnego rozwarcia, kiedy poczułam wielki strach, wręcz przerażenie. Maria, moja wspaniała położna, wykazała się w tym momencie niesamowitym wyczuciem, przed którym naprawdę chylę czoła: po samym moim wzroku i rodzaju dźwięku, który wydałam, zrozumiała co się dzieje. Podeszła do mnie blisko, na poziom mojej twarzy, i głaszcząc mnie po głowie zaczęła cichutko mówić o tym, co się ze mną dzieje. Powiedziała dokładnie to, co ja sama powiedziałabym o swoich odczuciach, gdybym tylko na tym etapie umiała jeszcze znaleźć słowa i oddech. Odczułam wielki spokój płynący z jej słów, dało mi to potężną porcję energii. Po kilku skurczach kryzys się skończył.

To znaczy ten emocjonalny, bo nagle zaczęło szybko schodzić powietrze z basenu! Prąc, opierałam się na łokciach o jego rant, wciskając się w ramiona męża, a on próbował w tym samym czasie podciągać mnie do góry, żebym nie wylała wody - byłoby to zapewne dość zabawne, gdyby nie groźba zalania salonu, domu i sąsiadów hektolitrami wody... M. chciał wstać dopompować basen, co wywołało we mnie panikę, której nie miałam jak przekazać (przecież korę przedczołową miałam wyłączoną...). Na szczęście wtedy Maria powiedziała coś, co każda kobieta w drugiej fazie porodu chciałaby usłyszeć: “teraz chcesz dopompowywać? Jeszcze dwa-trzy skurcze i będzie po wszystkim”. Tak też się stało. Za pomocą jakichś 3 skurczy, w dokładnie 8 minut drugiej fazy (wpisane w książeczce zdrowia!), a w sumie w 3,5 godziny porodu, o 21:28 przyszła na ten świat Nela Zofia. Razem z nią dopiero odeszły wody - moja mała, w czepku urodzona Lwica.

Bez pośpiechu wyjęłam ją ponad wodę, ułożyłam na swoim brzuchu. I wybuchnęłam śmiechem.

Wszystko było tak idealnie. 

Pamela Kucińska



Fotografie powstały w ramach projektu artystycznego "ciepły mokry aksamit": www.cieplymokryaksamit.pl

kartkaINT

fot. Dominika Dzikowska

z-Paulina-INT

fot. Dominika Dzikowska

 pierwsze-karmienieINT

fot. Dominika Dzikowska

Komentarze  

 
0 # Arleta 2014-11-29 22:50
Piękny opis. Na prawdę zazdroszczę świadomego porodu i w domu w takiej atmosferze.
Ja również raz rodziłam naturalnie, ale w szpitalu. Chciałam bardzo znowu to przeżyc, ale tym razem los się ode mnie odwrócił i mimo chęci ponownego przejscia przez to, po równych dwóch latach, tylko bardziej świadomie i w mniejszym strachu. nie było mi to dane, gdyż córcia od 30tygodnia ciąży siedziała w moim brzuszku na stópkach.. ;)
PS. Świetna kartka na drzwiach ;D
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Jomika z photobloga 2014-12-08 23:36
Świetnie opisana akcja porodowa. Super, że mogliście doświadczyć narodzin córci w domu, niezapomniane przeżycie.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Aga 2014-12-15 23:16
Glupota. Spadek tetna plodu cokolwiek nie tak i co zrobicie? Dziwie sie poloznej brac taka odpowiedzialnos c na siebie. Gwiazdy owszem rodza w domu a pod domem w pelni wyposazona karetka neonatologiczna i lekarz...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Ania Sawoń 2014-12-15 23:30
Zdaję sobie sprawę, że są różne opinie na temat porodów domowych, ale szanujmy nawzajem swoje wybory. Poród domowy rządzi się trochę innymi prawami niż zmedykalizowany poród szpitalny. Doświadczona położna bardzo wcześnie wychwytuje sygnały, że coś może się zacząć dziać nie tak i jeśli tylko jest jakieś ryzyko, decyduje o transferze do szpitala. Poza tym sama kwalifikacja do takiego porodu jest dosyć wymagająca, więc dużo czynników ryzyka jest wykluczonych już zawczasu. Dla mnie poród domowy to wielkie marzenie, spełnienie porodowej pełni, które mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Pam 2014-12-15 23:41
Proponuję napierw zapoznać się z badaniami, a potem oceniać i atakować. Albo nie, proponuję w ogóle nie oceniać i nie atakować ;) Ale z badaniami zapoznać się nie zawadzi, np. tu http://www.rodzicpoludzku.pl/Pozaszpitalne-miejsca-do-porodu/Porod-w-domu-jest-bezpieczny-wyniki-badania-kohortowego-obejmujacego-529-688-porody-kobiet-niskiego-ryzyka.html

Poród domowy - po ciąży fizjologicznej i odpowiednio przygotowany - jest bezpieczny. Równie bezpieczny co w szpitalu pod względem śmiertelności, pod wieloma względami (np. zarażenia chorobami, środowiskiem bakteriologiczn ym, psychologicznym ) bezpieczniejszy . I w Polsce u "normalsów" też jest wszystko przygotowane pod względem bezpieczeństwa.

Zapoznanie się z tematem zanim się o nim wypowiada naprawdę nie zawadza zwykle. Pozdrawiam.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Anna 2017-01-22 22:32
Dziekuje bardzo
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Kasenka 2017-07-02 08:31
3 miesiace ostrych cwiczen, jak wam sie
podoba moja figura?

https://img163.imagetwist.com/th/16346/3kpzfezh0b15.jpg
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.