You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Mój najpiękniejszy poranek

27 kwietnia 2014 roku był spokojnym dniem nie zapowiadającym nadchodzących wydarzeń. Po leniwym poranku wybraliśmy się z mężem na piękny spacer po łące usianej mleczami po horyzont. Tam uwieczniliśmy ciążowy brzuszek na kilku fotografiach i postanowiliśmy wrócić do domu na filmowy wieczór. W drodze powrotnej po raz kolejny próbowałam przekonać Grzesia aby przyszedł do nas już na świat. Między innymi mówiłam mu, że naprawdę nie chcemy spędzić połowy jutrzejszego dnia na izbie przyjęć czekając na wykluczenie podejrzenia hipotrofii. Odpowiedział mi kilkoma leniwymi ruchami.

Około godziny 20 pojawiają się pierwsze skurcze. Ból był z podbrzusza oraz krzyża jednak trwały nie dłużej niż 30 sekund i powtarzały się co 8-10minut, niezbyt bolesne. Nie był to pierwszy epizod ze skurczami więc jeszcze się niczym nie ekscytowałam i postanowiłam spokojnie czekać na dalszy rozwój sytuacji jednak na wszelki wypadek odwołałam seans filmowy. Męża wysłałam spać a sama w tym czasie bujałam się na piłce, kołysałam biodrami przed lustrem lub po prostu leżałam na podłodze wczuwając się w ruchy syna. Około północy zdecydowałam się na pierwszy telefon do naszej fantastycznej położnej Doroty. Poradziła godzinną kąpiel oraz 2 no-spy w ramach testu czy powoli zaczyna się poród czy to tylko fałszywy alarm.

Kąpiel mimo nie słabnących skurczów była cudownym odprężeniem. O pierwszej w nocy wyszłam z niechęcią z wanny. Skurcze nasiliły się jednak ciągle nie mogły nabrać zadowalającego tempa, wahały się między 6-8 minut więc nie było najmniejszego sensu jechać do szpitala co potwierdziła położna przy kolejnym telefonie o 3 w nocy i zaproponowała abym spróbowała się przespać. Drzemałam więc tak budzona co jakiś czas skurczami mniej lub bardziej bolesnymi aż o 5.50 usłyszałam "pyk" i poczułam ciepło płynących wód płodowych. Zawołałam więc do śpiącego męża "Kochanie odeszły mi wody!" i poleciałam pędem (a raczej pokuśtykałam) do łazienki na co usłyszałam "Nareszcie, czekałem na to!" (całą ciąże chciał usłyszeć te słowa zwiastujące poród ). Kolejny telefon do Doroty. Kazała zjeść śniadanie i poczekać aż odstępy między skurczami będą miały 5 minut i zaczną maleć. I od tego momentu cała akcja zaczęła nabierać ekspresowego tempa. Ze skurczy pojawiających się co 8-10 minut i o średnim bólu nagle zrobiły się co 4,5 minuty o bólu, który sprowokował mnie do wydobywania z siebie różnych dźwięków. Nie byłam w stanie mówić a od histerycznego oddychania wprowadziłam się w hiperwentylację i całe ciało ogarnęły dreszcze. Telepiąc się tak i gryząc jednocześnie kanapkę słyszałam tylko jak mąż dzwonił do położnej i mówił, że jedziemy już do szpitala bo skurcze nabrały mocy i dalej przyspieszają a ona słysząc mnie przez telefon próbowała pomóc mi w złapaniu odpowiedniego rytmu oddychania.

Zaczęłam krzyczeć przy każdym skurczu, krzyczeć głośno i głęboko – nie podejrzewałam się o takie możliwości. 6.30 wyjazd z domu. O 7.00 byliśmy w Warszawie i właśnie wjeżdżaliśmy na remontowaną trasę Toruńską 7.05 mój mózg po zobaczeniu ogromnego porannego, poniedziałkowego korku jeszcze daleko przed mostem odciął się ze stresu i przełączył na tryb: oddychaj przez 2,5 minuty, krzycz na całe gardło przez 1,5 minuty. Przez mgłę słyszałam męża, który próbował mnie wspierać mówiąc ile jeszcze metrów zostało do wydostania się z korku (jak się później okazało mocno naginał te cyfry;). Jeden ze skurczy skończył się wbiciem paznokci w podsufitkę auta i zostawieniem na pamiątkę dla potomnych 3 długich śladów paznokci. Wiłam się tak po tylnym siedzeniu nie mogąc znaleźć komfortowej pozycji. Przyjmowanie skurczy rozwierających w wymuszonej pozycji siedzącej było trudnym i intensywnym przeżyciem.

Po godzinie stania w korku dojechaliśmy do szpitala. 8 rano, cudem dotarłam sama na izbę (mąż szukał miejsca na auto) gdzie czekała już na mnie nasza położna. Szybkie badanie i...."Kochana rodzimy! Masz 9cm rozwarcia", nieprzytomnie odpowiedziałam tylko "9cm?". Zapakowała mnie szybko na wózek, ponieważ ja nie byłam w stanie już nawet stać o własnych nogach i pędem na blok porodowy. W między czasie na izbę wpadł mąż oznajmiając głośno „szukam żony!” na co pielęgniarka z recepcji odpowiedziała mu żartobliwie „O proszę tu ma pan caaały wybór” i wskazała kolejkę oczekujących kobiet na izbie. Marzył mi się poród w Domu Narodzin, bez medykalizacji, bez zbędnych osób, w zgodzie z tym co dyktuje moje ciało. Piękny poród do wody ale zwyczajnie nie było na to czasu, ponieważ żeby tam rodzić musieli by mi zrobić jeszcze zapis ktg na izbie przyjęć a to skończyło by się urodzeniem syna na korytarzu. Zajechaliśmy więc do sali wiśniowej i rozpoczęła się faza parcia. Zgodnie z alternatywną wersją porodu zapisaną w planie rodziłam w pozycji kolankowo-łokciowej podtrzymywana przez męża, który brał aktywny udział w całej akcji porodowej. Oddychał razem ze mną, przekazywał wskazówki od położnej, podawał wodę do picia a na samym końcu nawet krzyczał ze mną pomagając mi w ten sposób złapać zaintonowany przez położną rytm. Mówi, że czuł się jak sekundant podczas walki. W pewnym momencie położna zachęciła mnie do dotknięcia główki. Niesamowite przeżycie. Początkowo poczułam się lekko onieśmielona ale dało mi to niezwykły przypływ siły i motywacji.

Tuż przed finiszem była chwila grozy gdy okazało się, że malutki jest owinięty pępowiną, która utrudnia wyjście i nie wypuszcza synka. Jednak dzięki nieocenionemu doświadczeniu położnej i jak później przyznała niezwykłej współpracy mojej i męża z jej poleceniami sytuacja szybko została opanowana.

28 kwietnia (dokładnie w wyliczonym terminie) o 9.10 pojawił się na świecie Grzegorz Kai a ja poczułam jak po całym moim ciele rozeszło się przyjemne ciepło i cały ból odpływa gdzieś daleko.  W jednej chwili wszystko przestało się liczyć, odczuwała tylko przemożną radość, miłość i satysfakcję. Przypływ niezwykłej mocy, dumy i siły. Mój lwi krzyk zastąpił śmiech, który trwał kilka pierwszych minut gdy tuliliśmy z mężem synka. Tuż po porodzie położono mi go na brzuchu i zaczekano aż pępowina przestanie tętnic a następnie dumny tata ją przeciął. Łożysko urodziłam chwilę później tuląc jednocześnie synka do piersi. Cała nasza trójka dała z siebie wszystko a ręka mojego męża, którą trzymałam przez cały poród wyglądała jakby włożył ją do klatki z dzikimi kotami. Trzy położne na oddziale na jej widok mówiły "Ooo macie państwo kotka?". Gdy w odpowiedzi słyszały "Niiee...rodziłem z żoną" kiwały z uznaniem głową a jedna zrobiła nawet zdjęcie! A tak obiecałam mężowi, że obetnę paznokcie przed porodem…

Podsumowując akcja porodowa trwała 3h 20 minut. Położna była w szoku jak szybko wszystko poszło. Powiedziała, że rodzenie z nami było dla niej przykładem idealnej współpracy i wsłuchania się w ciało. Czułam się taka dumna gdy to mówiła. To była moja nagroda za wielomiesięczne przygotowywanie się do tego wydarzenia. Czytałam zarówno historie porodowe jak i artykuły opisujące fizjologię porodu. Oglądałam filmy, wizualizowałam sobie własny poród. Czy bolało? Faza rozwierania obudziła we mnie dosłownie lwa, 2 dni mówiłam z chrypą... Ale czym jest te parę godzin bólu wobec takiego cudu jakim są narodziny?

Dla mnie poród był cudownym, magicznym wydarzeniem, który powinien odbywać się w dyskretnej, rodzinnej atmosferze. Wracam do niego myślami, i przeżywam sceny z narodzin na nowo. Teraz wiem, że drugi poród będę chciała mieć udokumentowany na zdjęciach. Grzegorz narodził się co prawda na bloku porodowym ale z położną, której ufałam i która wiedziała czego oczekujemy z mężem. Nie poddawano mnie żadnej medykalizacji. Pozwoliła mi iść za własnym instynktem dyskretnie wspomagając cały przebieg wydarzeń. Mam głęboką nadzieję, że następny poród uda mi się przeżyć w Domu Narodzin, w wodzie i z jej asystą choć według Dorotki mam duże szanse na nie wyrobienie się z dojechaniem gdziekolwiek a wtedy spełni się to najskrytsze i nieśmiałe marzenie.

I na koniec metryczka: Grzegorz Kai 53cm, 2780g.

20140428 121748-2

Daniela

Komentarze  

 
0 # Magdalena 2014-12-21 01:36
Pięknie! Gratulacje:)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.