You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Pierwszy drugi poród

Enigmatyczny początek, ale prosta odpowiedź – poród naturalny po cięciu.

Za oknem początek zimy, a ja wspomnieniem przywołuję piękny początek lata, kiedy urodziłam Oliwkę. Minęło pół roku. Długo nie mogłam dosiąść klawiatury, aby spisać swoje przeżycia. Chciałbym bardzo podzielić się rzetelną relacją z przebiegu porodu. Bez nadużyć w stronę pozytywną jak i negatywną. Gdybym zrobiła to miesiąc po porodzie wspomnienia byłby tylko pozytywne, pełne euforii i radości. Po dwóch miesiącach w porodzie zaczęłam dostrzegać jego „ciemną stronę”. Zaczęłam zastanawiać się nad niektórymi momentami, decyzjami. Czy dobrze zrobiłam? Czy mogłam zdecydować lepiej? Czas był potrzebny, abym mogła zweryfikować swoje emocje. Dzisiaj wiem, że chciałabym uniknąć emocjonalnego podejścia (jeśli w ogóle się da) tamtych chwil. Moja wizja jest już ugruntowana, przemyślana. Czuję się na siłach, żeby ją spisać i puścić w Świat.


Oliwię urodziłam siłami natury w asyście douli Ani w szpitalu w Sokółce. Na kilka dni przed porodem pamiętam spokój wewnętrzny i radość z oczekiwania. Zdążyłam zamknąć wszystkie zaległe i czekające od wszechczasów sprawy („obowiązkowa” obecność na weselu w terminie porodu, rozliczenie kwartału, stos papierów do pozałatwiania, zalegle rozmowy, spotkania…). Rozwiązałam wszystkie nurtujące mnie rozterki typu: co zrobić ze starszą córeczką? Jak teleportować się do szpitala? A co, jeśli nie zdążę? (na co cicho liczyłam). Co zrobić z mężem na czas porodu? Bardzo pomogły mi częste rozmowy z Anią. Widziała, kiedy coś mnie nurtowało. Wytrwale wtedy powtarzała „pozamykaj sprawy, które zaprzątają Ci głowę. W porodzie nie będzie na to czasu.” Oliwka zaczekała cierpliwie, aż wszystko będzie poukładane. Urodziła się tydzień po planowanym terminie porodu.

Pierwsze silniejsze skurcze przepowiadające pojawiły się dwa dni przed porodem. Budziły mnie w środku nocy, ale wraz ze świtem odpuszczały. We wtorek wieczór zaczęło się. Choć jeszcze wtedy nie wiedziałam, że za 26 godzin powitam na świecie małego człowieczka. Jak co wieczór położyłam się spać, ale skurcze nie dawały mi chwili odpoczynku. Budziły mnie systematycznie co 15-20 minut. Tej nocy nie przespałam. Przesiedziałam na piłce, chodziłam, kręciłam biodrami, brałam prysznic, kolejny raz studiowałam fragmenty porodowej biblii - „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj. Nie dałam rady usiedzieć na krześle ani na worku sako. O położeniu się nie było mowy. Noc spędziłam sama chodząc po uśpionym domu. Mąż z córeczką spali. Nie budziłam ich. Nie dzwoniłam też do Ani. Czułam, że to dopiero początek i chciałam być sama. To był czas tylko mój i Kruszynki. Przez ten czas oswajałam się z nowym dla mnie doświadczeniem. Starałam się wsłuchać swego ciała. Potrzebowałam czasu, aby proste do tej pory oddychanie w skurczu wcielić w czyn. Rozmawiałam z brzuszkiem, głaskałam go i uspokajałam, ale chyba bardziej siebie, choć mówiłam do Kruszynki. Po nocny byłam okropnie zmęczona. Kilka razy próbowałam położyć się, aby się zdrzemnąć i nawet udało się przysnąć na pół godziny. Ale po takiej drzemce przychodził potężny skurcz z podwójną siłą. W konsekwencji bałam się położyć. Pierwsze promienie słoneczne przywitałam niechętnie. Odczuwałam światłowstręt i było mi zimno. Przydały się wełniane skarpetki, gruby polar i koc. Czułam się jakbym miała gorączkę. Po godzinie 4 rano zbudziłam Anię i umówiłyśmy się, że o 10 przyjedzie do mnie. Skurcze były nieregularne, co 7-10-15 minut. Chciałam dotrzeć do szpitala tylko na drugą fazę porodu. Po rozmowie telefonicznej zrobiłam lewatywę i poszłam pod prysznic. Sprawdziłam torbę do szpitala. Kiedy niedługo potem wstali domownicy, wytworzyła się niepotrzebna panika. Żeby już, szybko do szpitala. Że przecież już rodzę. Żeby już gnać po Anię. Zbędny stres… K. był przygotowany teoretycznie, ale zupełnie przerosło go to w realu.

Kiedy zjawiła się Ania skurcze przygasły. Były rzadsze, mniej bolesne. Przyszło mi do głowy, że to był tylko „fałszywy alarm”. Ale… zauważyłam niespotykane dotąd objawy. Nie dałam rady zjeść śniadania. Po prostu nie mogłam nic przełknąć. Nie chciało mi się pić. Żołądek miałam w gardle jakbym miała zwymiotować. Było mi też strasznie zimno. Choć był 25 czerwiec i ok 25oC na termometrze. Dzień był cudny. W sam raz na spacer! Poszłyśmy więc do lasu nieopodal. Rozmawiałyśmy przez cały czas, tak że momentami zapominałam dlaczego tam jesteśmy. W lesie Ania zastosowała chustę Rebozo – masaż brzucha. Ten moment w porodzie wspominam jako przełom. Od tego czasu skurcze zaczęły nasilać się. Pojawiały się coraz częściej. Poród znowu zaczynał rozwijać się i nabierać tempa.

Cały I okres porodu przebyłam na stojąco. To bardzo duży wysiłek... W głowie miałam jednak myśl, że to już dzisiaj, już niedługo będę świadkiem czegoś niesamowitego - urodzę! Dużo myślałam, aby zaufać sobie, zaufać mądremu organizmowi. Pozwolić mu na kierowanie całym porodem. I tak też się stało. Od 15 zaczęły się regularne skurcze. Kiedy pojawiały się co 3-5 minut pojechaliśmy do szpitala, do Sokółki. Najgorzej wspominam właśnie tę podróż. Strasznie trzęsło. Było głośno. A ja potrzebowałam ciszy! Denerwował mnie hałas, wkurzały mnie samochody, tak dużo samochodów… Podczas skurczy w ciasnym, niewygodnym miejscu bardzo pomógł mi krzyk. Po prostu krzyczałam. Darłam się jakbym chciała przekrzyczeć hałas, a z drugiej strony musiałam siedzieć, co było dla mnie katorgą. W końcu, po wielu przystankach, dojechaliśmy. Uprzejmi pacjenci z kolejki na izbie przyjęć ustąpili mi pierwszeństwo. Jak miło! Po 19 przyjęli mnie na porodówkę. Zmienił się akurat dyżur. I stety-niestety trafiłam na najmniej miłą lekarkę. Słyszałam o niej same nieprzychylne wieści. A niech to...!

„Rodzę z doulą Anią i mam plan porodu.” – od tego zdania rozpoczęłam wizytę w szpitalu. Stwierdzenie krótkie, ale w pełni informujące. Przed nim byłam „standardową” pacjentką rodzącą. Po nim zauważyłam diametralną zmianę. Na lepsze. Zauważono mnie. Zaczęto ze mną rozmawiać, analizować plan porodu. Miałam pełny obraz informacji od lekarza lub położnej, a z drugiej strony mogłam w pełni skonfrontować ją z doulą.

Pierwsze badanie i… 4 cm rozwarcia. Wydawało mi się, że jestem już na "wylocie", a tu rozczarowanie... Kolejne godziny spędziłyśmy w pokoju na piłce, w wannie, na drabince. W międzyczasie przychodziła położna, z którą przeanalizowałyśmy plan porodu. Ku mojemu zaskoczeniu cały plan został zaakceptowany m.in.: jedzenie i picie podczas porodu, nie podłączanie oksytocyny do porodu łożyska, nie wkłuwanie wenflonu, badanie KTG w dowolnej pozycji (badanie to miałam zrobione dwukrotnie na stojąco, chodząco i kręcąco). Najwięcej sprzeciwu było z nie nacinaniem krocza. Kategorycznie nie zgodziłam się na użycie skalpela. Nawet ewentualne. Musiałam podpisać specjalne oświadczenie, co przyznam zestresowało mnie dodatkowo. Ostatecznie krocze miałam pęknięte nieznacznie (tzw pęknięcie I stopnia).

Na ścianie zegar odmierzał kolejne godziny, za oknem robiło się ciemno. Wokół panowała cisza i spokój. Miało się wrażenie jakby szpital był uśpiony. Ale w moim pokoju unosiła się relaksacyjna muzyka lasu: śpiew ptaków, rechot żab, a w gdzieś w oddali dało się słyszeć wycie wilków. Było też bardzo klimatycznie. Panował półmrok gdzieniegdzie złamany światłem świec. Nastroju dopełniał zapach olejków.

Do rozwarcia 7 cm było trudno i długo. Miałam chwile zwątpienia, że nie dam rady. Z drugiej strony chciałam, żeby już się skończyło. Uświadomiłam sobie, że fizjologia ludzkiego ciała jest nadzwyczajna i cudowna. Moje ciało pomagało mi urodzić szczęśliwie. Ból skurczy nie trwał wiecznie. To zaledwie minuta, półtorej. Zaraz potem kilkuminutowa chwila odpoczynku, wytchnienia. Zaufałam swemu organizmowi. On nie pozwoli zrobić mi krzywdy. Wszystko co się ze mną działo było dla mnie do zniesienia. Nie czułam nadzwyczajnego bólu, niekończącego się cierpienia. Głęboko oddychałam wiedząc, że przecież za chwilę nastąpi chwila wytchnienia. Poród odkrył przede mną kopalnię doświadczeń i wiedzy o sobie samym oraz pokazał moc ludzkiego ciała.

Przy 8cm nagle poczułam ulgę. Wiedziałam, że tego należy się spodziewać. I wyraźnie odczułam! Niesamowite i książkowe. Organizm dał mi chwilę odpoczynku, abym przygotowała się do urodzenia Kruszynki. Do wejścia na szczyt ośmiotysięcznika! Położyłam się wtedy do wanny z wodą. Spałam. Śpiew ptaków o świcie w tle… Mogłoby to trwać wiecznie... Tak myślałam wtedy. Nie trwało wiecznie. Zbudził mnie silny skurcz. Niedługo potem poczułam parcie. Chciałam zrobić kupę. Poszłam do łazienki, choć wiedziałam, że to nie to. Zaczęłam rodzić na krzesełku porodowym. Położna, długo nie zapalała świateł, nie wzywała lekarki. Tak, jakby pozwoliła mi urodzić w tej całej dotychczasowej scenerii, namiastce bezpiecznego i oswojonego zacisza. Pozwoliła mi poczuć jak mogło by być, gdybym… nie była w szpitalu. Niestety po jakimś czasie zapaliła światło. Przyszła też lekarka. Zamknęłam oczy. Tak było łatwiej skupić się na sobie i dziecku i zatrzymać w głowie resztki tamtego intymnego świata.

„Dość długo nie potrafiłam nauczyć się rodzić - przeć właściwie.” Tak twierdziłam wcześniej. „Dość długo nie potrafiłam wyłączyć umysłu i pozwolić działać naturze.” Tak mówię dziś.

Nie mogłam otworzyć się. Byłam "ściśnięta" od środka. W głowie wyobrażałam sobie otwieranie się główki kwiatu. Ale długo nie potrafiłam "załapać" o co chodzi. Starałam się przypomnieć zapisy książkowe, jak to zrobić? Korzystanie z mózgu podczas porodu nie pomaga, a wręcz przeciwnie – wstrzymuje i przeszkadza. Nie rodzi się przecież głową… Kiedy ujarzmiłam oddech, przekonałam się, że mogę krzyczeć. To mi dawało siłę. Wreszcie wyłączyłam mózg i myślenie i pozwoliłam działać naturze. Odeszły mi wody. Przy kolejnych skurczach poczułam jak kość guziczna odchyla się ku tyłowi. Czułam, że jeszcze tylko kilka chwil. Dotknęłam wyłaniającej się główki Kruszynki. Fantastyczne uczucie! Kiedy pogłaskałam palcami drobniutkie śliskie włoski poczułam napływ dodatkowych sił i power! Położna kierowała mój oddech tak, abym nie uszkodziła tkanek krocza. Mogłam też sama odebrać swój poród, nie odważyłam się jednak. To już był ostatni skurcz. Najpierw wydostała się główka, z której położna zręcznie odkręciła pępowinę, jeszcze sekunda i pojawiła się cała Oliwka! Mamy drugą dziewczynkę! Przytuliłam Kruszynkę. Była cieplutka i śliska. Krzyczała i płakała, a ja razem z nią. Kiedy pępowina przestała tętnić położna spytała mnie jeszcze, czy chcę odpępnić dziecko. Nie zrozumiałam jej wtedy, odpowiedziałam że nie, czego do dziś bardzo żałuję. Przysunęłam do piersi, a ona od razu chwyciła sutek. I to jak! Przyssała się jak pijawka! Chwilę później urodziłam łożysko. Poród jest magią! Organizm kobiety jest siłą! Niesamowite!

Po urodzeniu Oliwki pamiętam potężne zmęczenie i ogromne emocje. Po kilkunastu minutach musiałam wstać i przejść do innej sali i wtedy… straciłam przytomność. Na kilka sekund wprawdzie, ale lekarka uruchomiła już całą procedurę szpitalną. Podłączyli mnie do kroplówki. Nie miałam już nic do powiedzenia.

Oliwka urodziła się 26.06.2014 o godz. 00:10. To była długa noc. Gdy zostałyśmy same przytulałyśmy się, rozmawiałyśmy i poznawałyśmy się. Nie mogłam nacieszyć się jej malutkim ciałkiem, a ona nie mogła nacieszyć się piersią. Jeszcze długo emocje nie dawały zasnąć. Aż w końcu wykończone, szczęśliwe i przytulone do siebie opłynęłyśmy w objęciach Morfeusza.

Rodziłam z doulą. Część osób zapyta pewnie, a gdzie ona była skoro w historii niewiele o niej piszę… Otóż Ania jest wszędzie. Jest w każdym zdaniu mojej historii porodu. Przez cały czas była obok mnie. Nie zawiodła. Wspierała, głaskała, przytulała, rozumiała, tłumaczyła, podpowiadała, kierunkowała. To ona dała mi siłę i wiarę we własną moc. Jestem pewna, że bez niej mój poród przebiegałby zupełnie inaczej.

Jestem z siebie dumna!

Wasilków, dn. 27.12.2014

Eliza

 SDC13471

SDC13472

 IMG 2276

 IMG 2278

Komentarze  

 
0 # Alina 2015-02-19 15:04
Wzruszyłam się.Piękny poród Eliza!!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Marek 2015-07-13 16:26
My mamy z żoną termin na następny tydzień. Ciekawe, kto to będzie, nie chcieliśmy znać płci :P
Gratuluję zdrowych bobasów i pozdrawiam :)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Lolita 2016-12-20 15:20
Zdrowie dla Ciebie i Twojego dziecka)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.