You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Urodzić siebie

1. Pierwszy poród.
Urodziłam siłami natury. O czasie. Dziecko otrzymało 10 punktów" - takie informacje przekazuję pytana w wywiadzie lekarskim i brzmi to naprawdę dobrze. Mogę jeszcze dodać że był to poród rodzinny bo pozwolono by mąż był przy mnie.

W rzeczywistości było to dla mnie zupełnie nienaturalne i przykre doświadczenie. Pamiętam, że ze strachu przekazałam całą inicjatywę położnym i lekarzom. Mąż był tam tylko po to żeby nie doszło do nadużyć ze strony personelu - nasłuchałam się historii o porodach w czasie PRL-u i współczesnych złych historii porodowych. Mąż miał więc bronić mnie przed nadużyciami ze strony personelu i nie przekraczać strefy zlokalizowanej gdzieś przy mojej głowie od strony moich pleców. Myślę że położne wiedzą że mąż po to jest przy porodzie, żeby im patrzeć na ręce a jak się coś żonie nie spodoba ma się zacząć awanturować – mszczą się więc za to proponując mu przecięcie pępowiny. Mąż struchlały opuszcza więc bezpieczną miejscówkę przy drzwiach - po czym ogląda swoją ukochaną od strony Mordoru - a w dodatku musi przeciąć tę pępowinę tępymi nożyczkami... a może to pępowina jest taka twarda? Jak mieliśmy rozpoznać co jest nadużyciem? Bo czy jest nadużyciem przypięcie nóg rodzącej pasami do fotela? Czy jest nadużyciem zszywanie bez znieczulenia? Gdy rodziłam cały poród był dla mnie jednym wielkim nadużyciem mego nieświadomego ciała, mojej wolności, mojego dotychczasowego studencko - małżeńskiego życia. Miałam na moment kryzysu przygotowaną myśl: "Za chwile zobaczę moje dziecko" więc powtarzałam ją sobie przez te 7 godzin na przemian z "kiedy koniec?!!" i "trzymaj prysznic ! lej wodę na brzuch! a ja pośpię" - działało. Moment gdy zobaczyłam nasze dziecko - był wart tego bólu i pierwszego takiego wysiłku w życiu. "Najważniejsze że urodził się zdrowy" - cała reszta stała się przeszłością zamkniętą za drzwiami – wyciągniętą tylko na chwilę by pokazać, jak zaczęłam być matką i że to może dla mnie dziś nic nie znaczyć bo potem było inaczej.

2.Drugi poród- inicjacja.
W ogóle się nie spodziewałam, że poród można przeżyć na płaszczyźnie duchowej. myślałam że to tylko ból i fizjologia – a duchowość to ta relacja przed i po porodzie, do której mąż może przyłączyć się, kiedy ja muszę odpocząć...
Nie dałam rady urodzić z myślą "za chwilę zobaczę moje dziecko" - bo zagłuszała ją myśl "za chwilę ściśnie mnie ten ból, znajomy skurwysyn". Kompletnie mnie to rozwaliło psychicznie. Jak uciec od bólu? Uświadomiłam sobie, że nie mogę uciec od bólu.
Miałam wybór między czekaniem na ból a działaniem mimo bólu i ten ograniczony wybór nagle ogarnął wiele płaszczyzn w moim wnętrzu. Sięgnął głęboko do serca: wybór między chronieniem mnie a chronieniem dziecka, między złem a dobrem, między niedojrzałością a dojrzałością, między egoizmem a miłością. Nagle brutalna fizjologia wystrzeliła mnie w metafizyczną górę. Po raz pierwszy w życiu stanęłam przed wyborem czy oddam życie za kogoś? Ten ból mnie zabijał i był nie do wytrzymania – czy przyjmę go by dać życie dziecku? Położna nie miała już inicjatywy i ból nie miał nade mną władzy - poruszałam się poza nimi . Parłam chwilę wcześniej bo wiedziałam sama, że teraz trzeba – wiedziałam to ze swego ciała a nie od położnej. Ból nadchodził - nie uciekałam,
w y c z e k i w a ł a m go. Z tyłu głowy pojawiła się myśl, że Chrystus oddał życie za mnie na krzyżu – pomimo bólu bym mogła żyć... W apogeum skurczu myślałam "Pęknę a urodzę". Ciało stało się moim narzędziem – bez względu na ból ja zdecydowałam że cisnę. Dziecko nie rodziło się samo – ja je rodziłam. Dwa instynkty starły się we mnie – instynkt samozachowawczy by siebie chronić przed bólem i instynkt macierzyński by ochronić dziecko. Parłam pękając i rodziłam ją.
I ja się wtedy też urodziłam.

3. Trzeci poród - poród wśród nadużyć.
Zadziwiające jest to jak wielu lekarzy i kobiet nie orientuje się w cyklu miesięcznym. A przecież termin porodu jest obliczany na podstawie dwóch wskaźników: daty ostatniej miesiączki, a w potem na podstawie usg. To na tej podstawie lekarz określa wiek dziecka i diagnozuje ciążę jako np. przenoszoną i kieruje na indukcję... Wszyscy lekarze, z jakimi miałam do czynienia – podczas tej ciąży i poprzednich – mieli na swoich biurkach kółeczka z kalendarzem do obliczania terminu porodu z daty ostatniej miesiączki – dla cyklu 28-dniowego. Pomimo że kobieta może mieć dłuższy cykl. Miałam więc cykl 38 dniowy i już ok. 3 dni od owulacji wiedziałam że jestem w ciąży. Określiłam datę porodu na podstawie daty jajeczkowania i było to 10 dni później niż gdybym miała cykl 28 dniowy. Z powodu gorąca miałam pod koniec ciąży niewielkie obrzęki - skierowano mnie więc na patologię ciąży. Poleżałam tam 3 dni w innej niż domowa atmosferze, po czym fizycznie wypoczęta ale psychicznie zdołowana wnętrzem i procedurami czekałam na obchód - chciałam wypisać się na własne życzenie i nigdy więcej tu nie wrócić. Podczas obchodu na salę wszedł nieznany mi lekarz który nie wzbudził we mnie ani sympatii ani zaufania. Po pierwsze jego przyjście poprzedziła wizyta spiętej pielęgniarki która omiotła wzrokiem nasze łóżka i wycedziła że trzeba to sprzątnąć bo zaraz będzie obchód. Wierzcie mi – tam już było czysto. Lekarz wszedł i "ani dzień dobry ani pocałujcie mnie w d...". Mijał każdą matkę i nie patrząc na nią dyktował pielęgniarce co zleca w sprawie danej pacjentki. Przykro było patrzeć na tę nieszczęsną pielęgniarkę – była tak spięta i sztywna. Podszedł w końcu do mojego łóżka i w przelocie, z kamienną twarzą prześlizgnął się po mojej twarzy – po czym podyktował : "pacjentka z przenoszona ciążą - indukcja na 10.00".Po pierwsze - moja twarz wzbudza przynajmniej jakiś cień poruszenia ponieważ jestem nadzwyczaj piękna kobietą (i skromną) – więc wydał mi się od pierwszego kontaktu podejrzany. Jak mija mnie zwierzę to jest oczywiste, że nie porusza go to jak wyglądam – psy się za mną nie oglądają i to jest naturalne. Więc ten lekarz to albo socjopata albo bydlę. "Nie przenoszona - miałam 38- dniowy cykl wg moich obliczeń jest 3 dni po terminie " powiedziałam szybko. "Ciąża przenoszona – powtórzył z naciskiem - indukcja". A do tego nieuk! Po czym ruszył dalej. "Chwileczkę nie zgadzam się na wywoływanie porodu." powiedziałam upokarzana każdym jego gestem - czy ten człowiek umie zrobić coś co mnie nie jest obelgą wobec mnie? "Pani się nie zgadza... Czy pani sobie zdaje sprawę z tego że ryzykuje życie dziecka? Mam teraz przepełnioną porodówkę - ale za 2 godziny będzie wolne łóżko - innym razem nie gwarantuję." Tym argumentem przekonał mnie ostatecznie że jego poczynania są dla mnie niebezpieczne. Jemu nie chodzi o moje dobro ani o dobro dziecka - on chce rozładować jakiś korek na sali! Wskazanie do wywołania porodu - nie pochodzi z mego stanu ale z zewnętrznych okoliczności, które z kolei mnie nie obchodzą! Nie zna cyklu kobiety, wymusza na mnie posłuszeństwo za pomocą poczucia winy... "Jeśli pani się nie zgadza - proszę wyjść na własne życzenie". "Zatem wychodzę" i zaczęłam się trząść ze strachu . Kontakt z tym człowiekiem był dla mnie trudny i wyczerpywał mnie. Po 15 minutach od obchodu jakaś nieznana mi pielęgniarka (ciągle jakieś nowe twarze - pełno tam ludzi i tylko z rzadka człowiek) wywołała mnie po nazwisku do "zabiegowego". Weszłam tam ze łzami w oczach. Stał tam naburmuszony lekarz z obchodu i oznajmił jakiemuś siwiejącemu lekarzowi – a jakże widziałam go po raz pierwszy - zakładającemu na rękę gumową rękawicę: "Panie ordynatorze to jest ta niesubordynowana pacjentka". Stały tam jeszcze 3 pielęgniarki z zasznurowanymi ustami i 2 młodych lekarzy. Każdy unikał mego wzroku. Na środku stał "samolot" i jedna z pielęgniarek powiedziała do mnie nieprzyjemnym tonem: "pan o r d y n a t o r chce panią zbadać przed wypisem". Przypomniałam sobie że lekarz może podczas badania tak "zbadać" szyjkę macicy że rozpocznie się akcja porodowa i zaczęłam podejrzewać ze oni postanowili w ten sposób zatrzymać mnie w tym szpitalu!. Przypomniałam sobie też co mi powiedziała koleżanka pielęgniarka - " lekarz nie może cię dotknąć bez twojej zgody, nie może zrobić nic na co się nie zgodzisz". Ci ludzie nie mieli żadnych argumentów żeby mnie zmusić do indukcji - i właśnie postanowili stworzyć argument - wywołać skurcze lub krwawienie! Obchód był więc grą wstępną poprzedzającą zbiorowy gwałt jaki miał nastąpić w zabiegowym! Nie miałam w sobie żadnej pewności siebie. Zaczęłam mówić łamiącym się głosem że ciąża nie jest przenoszona że obserwuję swój cykl, że miałam cykle 38 dniowe i że termin obliczyłam z terminu jajeczkowania a nie z terminu miesiączki... wszyscy milczeli i nikt nie zamierzał brać pod uwagę tego co mówię.<br>
"Pan ordynator c z e k a!" przerwała mi pielęgniarka. Czułam, że jeśli się na to zgodzę to nie zostanie ze mnie nic, że nie dam rady zamknąć tego za żadnymi drzwiami. Jeśli się zgodzę zejdę do poziomu tych bydlaków i stanę się jak oni. " Nie wyrażam zgody na badanie" powiedziałam i stałam się człowiekiem.
*
Wróciłam do domu przerażona. Wiedziałam że nie chcę urodzić w tym szpitalu. Ale miałam przytłaczające poczucie winy - może powinnam wytrzymać te upokorzenia dla ratowania życia dziecka? Jeśli coś się stanie synkowi – też nie zamknę tego za żadnymi drzwiami. A może to ja zachowałam się jak bydlę a nie oni? Oni na co dzień przyjmują porody - nie słychać o śmierciach dzieci...Boże odpowiedz mi. Ale Bóg nie odpowiadał – ani mi się nie przyśnił, ani nie odezwał się moim wewnętrznym głosem - ani nie przysłał człowieka, który powie coś, co zinterpretuję jako jego odpowiedź, nie było "listu z nieba" : książki, filmu – nic, co można przyjąć za odpowiedź Boga. Za to wewnętrzny krytyk krzyczał we mnie: przecież gdybyś rodziła po raz pierwszy - nie sprzeciwiłabyś się. Modliłam się całą sobą – ciałem, które drżało ze strachu, myślami które krążyły wokół tego tematu – nie miałam żadnych rozproszeń na modlitwie – wszystkie pragnienia zbierały się w punkcie dziecko, co z dzieckiem. Odpowiedzi nie było. Zatem Bóg obraził się – gdyż to ja jestem bydlę – podsumował mój wewnętrzny krytyk, a ja pogrążyłam się w ciemności.
*

Poród rozpoczął się samoistnie 3 dni później tj. 10 dni po terminie obliczonym przeze mnie z daty owulacji. Pojechaliśmy do innego szpitala. Wody nie były zielone, ciąża nie była przenoszona, poród przebiegał prawidłowo. Byłam już w ostatniej fazie porodu, leżałam na łóżku, pod monitorem ktg, pod opieką starszej i doświadczonej położnej. Nie było jak dotąd żadnych komplikacji. Nagle poczułam, że wszystko się uspokoiło – że za chwilę zasnę, bo przestało boleć – zapanował we mnie spokój mogłam się zregenerować. Z krótkiego snu wybiło mnie ponaglenie położnej "Nie spać, nie spać trzeba rodzić" Ale nic się nie dzieje... "Podłączę oksytocynę – malutką dawkę żeby się trochę ruszyło – urodzisz za 20 minut na moje oko". Zrobiła to i urodziłam po dwóch minutach z jakąś nieznaną mi siła i strasznym bólem. I początkowo nie widziałam w tym nic złego - ot po prostu położna źle oceniła sytuację a w ogóle czemu zaraz że "źle"? Skończyło się dobrze. Zresztą co się mogło stać przy tak niewielkiej ingerencji...
...Tylko, że synek płakał przez kolejną dobę i wszyscy się dziwili i dopajali go i machali nim i dopiero po upływie doby lekarka – którą widziałam a jakże pierwszy raz w życiu – zlitowała się i zbadała go i okazało się ze ma złamany obojczyk. Kazano mi unieruchomić mu rączkę w kaftaniku – wtedy zaczął spać a obojczyk zrósł się po paru dniach. Takie urazy łamią się jak zielone gałązki - kość nie pęka na pół i szybko się zrasta. Ten uraz był spowodowany zbyt silnymi skurczami macicy. Bóg mi odpowiedział. Skoro przy małej ingerencji w poród dziecko ma złamany obojczyk – to co się mogło stać podczas indukcji – gdy na dzień dobry dostaje się ogromną dawkę oksytocyny? Nie pozwalając na nadużycie wobec mnie - ochroniłam dziecko. Człowiek nie jest w stanie do końca kontrolować porodu.

4. Czwarty poród - poród dzikiej kobiety.
Zbliżał się termin czwartego porodu - a ja tak bardzo nie chciałam rodzić w szpitalu... a jednocześnie chciałam bo jak można nie urodzić w szpitalu pod opieką lekarzy? Nie odkryłam jeszcze w sobie tej dzikiej kobiety, która rodzi tak samo dobrze w szpitalu jak pod drzewem – bo ma wiedzę o tym, co robić w sobie i żadne okoliczności nie są w stanie jej w tym przeszkodzić. W międzyczasie w internecie napotykałam na wzmianki o tym jak rodziły kobiety kiedyś, gdy, o zgrozo, nie było szpitali. I chociaż nie zamierzałam – mimo odrazy do panującego tam klimatu i obyczajów – urodzić poza szpitalem to poruszało to dziką kobietę we mnie. Kobietę ponadczasową, która ma ciało idealne by dać życie i to jak urodzi nie zależy od tego czy jest XXI wiek i zrobi to w szpitalu – czy robi to 200 lat temu pod drzewem w Afryce. Od kiedy moje serce zostało tym poruszone - chciałam tego, a skoro modliłam się o dobry poród – Bóg wysłuchał modlitwy serca a nie rozsądku. Byłam z Nim znowu w dialogu. Znowu sama wyliczyłam termin porodu - w tym razem krótszym bo 31 dniowym cyklu - znowu lekarz skierował mnie na indukcję, bo miał takie kółko z cyklem 28-dniowym do wyliczania terminu ... i uznał że ciąża jest przenoszona i w związku z tym zagrożona. Znowu odmówiłam – ale tym razem byłam spokojna, wiedziałam że to on mi proponuje bardziej niebezpieczne rozwiązanie. Poród zaczął się samoistnie nazajutrz tj. w 14 dniu od wyliczonego przeze mnie terminu. Bóg lubi takie ekstrema. Zaczęło się rano podczas zmiany warty na oddziale więc jakby na uboczu (poszłam w miejsce odludne...). Po drugie trwało tylko godzinę od pierwszego bolesnego skurczu. Po trzecie miałam doulę - chociaż tak się nie określała – była to dziewczyna na jakimś stażu, która nie mogła mnie nawet dotknąć i zbadać – ale cały czas siedziała ze mną i mężem w sali (bo musiała tylko wypełnić jakieś ankiety i nie bardzo było wiadomo co jej dać do roboty) i to ona jedną radą poprowadziła mnie zupełnie dziką ścieżką. Po czwarte fotel. Fotel do rodzenia to nie był standardowy "samolot" - to było łóżko nowego rodzaju miało miękkie jaskrawopomarańczowe obicia, można było regulować kąt oparcia i odsuwać podramienniki - miało taki jakby krótki pień i było rozłożyste. Poród przebiegał bardzo szybko – szybsza była tylko położna, która wpadła ze trzy razy sprawdzić rozwarcie po czym czmychnęła gdzieś na oddział gdzie działy się jakieś ważniejsze rzeczy. Pojawiły się skurcze parte przy rozwarciu 7 cm. Usłyszałam że mam nie przeć – po czym położna wybiegła. I wtedy dziewczyna powiedziała: " jest na to sposób przewróć się na kolana i unieś biodra do góry - dziecko nie wyjdzie wbrew grawitacji a szyjka zdąży się rozewrzeć" i "Proszę zarzucić na żonę prześcieradło, żeby nie zmarzła". Klęczałam więc z biodrami w górze i z całej siły wbiłam głowę w zagłębienie fotela. Świat i jego gwar były daleko - dokładnie słyszałam sygnały jakie wysyłało do mnie moje ciało i nie rozpraszało mnie nic. Oni siedzieli w tej sali i milczeli. Skądś przyszło mi do głowy, żeby się kołysać na boki i zaczęłam to robić - nieruchomiejąc pomiędzy skurczami i wręcz tańcząc na głowie podczas skurczu. Wyglądałam jak namiot - i nikt nie widział co się działo pod moim prześcieradłem. Miałam potrzebę schować się właśnie tak. Tylko raz wyjrzałam spod płachty i zapytałam męża jak wyglądam - na co dzień jestem bardzo piękna kobietą ale nie byłam pewna czy tak jest w tej chwili...Mąż – z trudem kryjąc pożądanie w oczach - powiedział: "Paula ale ty ją niesamowicie rodzisz - jesteś taka dzika..." Położna weszła sprawdzić co ze mną – i chociaż 13 lat temu przypięła mi nogi do fotela i kazała leżeć na plecach - teraz nie ingerowała. Dopiero gdy rozwarcie wynosiło 10 cm - na jej polecenie zmieniłam pozycję i urodziłam córeczkę trzema pchnięciami. Mąż rutynowo przeciął pępowinę (idealnie by pasowało jakby ją przegryzł...). Ogarnął mnie spokój i zaczęłam jeść. Bardzo mi smakowało szpitalne jedzenie i chociaż było dopiero około 8.00 rano, dostałam obiad!
*
Ostatni poród przeżyłam na wszystkich możliwych płaszczyznach. Na płaszczyźnie fizycznej był to mój najbardziej naturalny poród tzw. "siłami natury". Na płaszczyźnie psychicznej byłam bezpieczna – oboje z mężem nie dopuściliśmy do nadużyć. Na płaszczyźnie duchowej – pozostałam w dialogu z Bogiem, który podarował mi poród moich marzeń, pomimo że się ich bałam: urodziłam w pierwotny sposób w zbiurokratyzowanej państwowej służbie zdrowia, pośród procedur i przepisów mojego postkolonialnego kraju, na nowoczesnym fotelu - który był archetypem drzewa.

Paula


Córka Pauli

Komentarze  

 
0 # Carlos 2017-01-15 15:27
Dziękuję za świetny artykuł! Jesteś bardzo interesującym człowiekiem)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Marta 2017-02-06 22:37
Dziękuję za ten wpis! Jestem przed pierwszym porodem i chcę rodzić naturalnie ale chcę się przygotować do tego najlepiej! Wszędzie tylko narzekania i rady jak dostać znieczulenie i cesarke. A jak mówię znajomym ze chcę rodzić naturalnie to patrzą na mnie jak na kretynke
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.