You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Wiosenna opowieść porodowa

Początek sierpnia, wracam z dwuletnią córką z wakacji w Polsce do naszego mieszkania we Frankfurcie nad Menem. Wyposażona, wśród innych "zakupów z Polski" (wiecie, ulubiony szampon itp.) w dwa testy ciążowe. Których bardzo boję się użyć... Przecież wciąż karmię piersią, cykle mogą być rozregulowane, próbuję uspokajać samą siebie. Po dwóch dniach udaje mi się zmusić się do nasikania na test. Przecież każda wiedza jest lepsza od niewiedzy. No i są. Dwie, wtedy CHOLERNE, kreski... Łamiącym się głosem wołam męża. Napady płaczu z cyku "nie tak miało być, co ja zrobię, dlaczego, nie dam rady, aaaa" będą mi towarzyszyć przez następne miesiące, na szczęście z coraz mniejszą częstotliwością, coraz częściej przeplatane może nie euforią, ale spokojną radością, ciekawością, oczekiwaniem.

Trzecią ciążę znoszę... normalnie, nie mam innego wyjścia. Świat matki dwójki dzieci nie zatrzyma się przecież tylko z powodu jakiejśtam ciąży. Bardzo dużo chodzę (przedszkole, te sprawy), staram się dbać o siebie na ile to możliwe. Jestem pod opieką cudownych niemieckich położnych, która sama w sobie zasługuje na osobną opowieść... Z tak cudnie naturalnym, wolnościowym podejściem do ciąży i porodu nie spotkałam się w Polsce nigdy. Wszelkie ingerencje, a nawet badania, ograniczone do tych naprawdę niezbędnych. Podam tylko dwa przykłady: pierwsze badanie wewnętrzne w tej ciąży miałam w... 40. tygodniu ciąży, na własne życzenie (miałam już wtedy 2-3cm rozwarcia i główkę za kością łonową, bardzo nisko); krew miałam pobraną dwa razy.

Ze względu na rozjechane cykle, prawdopodobny termin porodu mam rozstrzelony na przestrzeni kilku tygodni. Najbardziej ponoć wiarygodny - 3.04.17. Kiedy tylko kończy się 37. tydzień ciąży, zaczynam dreptać z niecierpliwością. Końcówka ciąży bardzo mi doskwiera, niemal nie mogę się ruszać bez bólu i dolegliwości. Spotykam się z położnymi co tydzień. Bardzo wiele skurczy przepowiadających, obniżające się dziecko, a porodu ani widu, ani słychu. Cóż, poprzednia córka urodziła się w 42. tygodniu, jestem więc wprawiona w czekaniu...

Kiedy w nocy w środę 5. kwietnia, około 3:00 budzą mnie skurcze, od razu wiem, że TA chwila jest blisko. Są zupełnie inne od przepowiadających, co mnie zaskakuje, bo w poprzednich ciążach miałam inaczej. Fascynują mnie: najpierw czuję mrowienie w piersiach jak przy napływie mleka, potem ciepłe mrowienie obejmuje krzyż, następnie przez boki cały brzuch. Tak będę odczuwała każdy skurcz, aż do końca tego porodu. Nie są od razu bolesne, ale bardzo wyraźnie czuję, że ich jakby "wewnętrzna intensywność", efektywność jest dużo wyższa niż przy skurczach przepowiadających. Do około 6:00 będą przychodziły co 10 minut, nie zwiększając swojej mocy. Nie jestem tym zdziwiona, już wiem, że ja tak już po prostu rodzę: długi czas regularnych, czasem częstych skurczy nie przybierających na sile, a potem nagle kilka godzin intensywnej akcji, podczas której skurcze są bardzo częste, a każdy z nich jest coraz mocniejszy. Oczywiście, w tamtym momencie nie wiem, jak będzie rozwijała się akcja, ale ten schemat okazał się prawdziwy także tym razem.

Około 7:30 dzwonię do położnej. Skurcze zaczęły przybierać na sile, chcę ją jednak tylko uprzedzić, nie chcę, żeby przyjeżdżała. Wiem, że za chwilę wstaną starsze dzieci, moja mama, że ten rozgardiasz może mnie rozproszyć. Tak też się dzieje, skurcze robią się bardzo rzadkie. Czuję jednak, że nie ma już odwrotu, nadal są tak bardzo charakterystyczne. Mąż odwołuje pracę, dzieci z mamą wyprawione na cały dzień poza dom (trwają akurat ferie, więc szkoła i przedszkole są zamknięte, a mama przyjechała z Warszawy pomóc nam przy dzieciach w tym okresie). Po ich wyjściu próbuję rozkręcić akcję - piłka, chodzenie, relaks, prysznic. Nic nie działa. Skurcze może raz na pół godziny... Położna smsowo proponuje sen i relaks, bo pewnie akcja ruszy znów wieczorem, szkoda się teraz męczyć. Tymczasem ona, Ulla, moja ukochana położna, na kilka godzin (do 19:00) przekazuje dyżur innej, bo ma w tym czasie ważne spotkanie. Pojawia się we mnie myśl: "ooo, w takim razie na pewno nie urodzę przed 19:00, przy Ulli czuję się najbezpieczniej". Więc relaks. Trochę mnie roznosi, podupadam na duchu, zaczynam wątpić w swoją intuicję, że to już. Wysyłam męża na zakupy spożywcze, przykazując mu kupienie składników na ciasto czekoladowe, na które nagle mam ochotę (nie będę miała jednak siły się nim zająć i upiekę je dopiero na urodziny męża 10 dni później, już z Jadzią w chuście...).

Dzieci z mamą wracają koło 18:00, zamieszanie, hałasy, ja wtedy leżę w łóżku, odcinam się. Bodźce mnie denerwują. Całuję dzieci na dobranoc i wracam do swojej norki w sypialni. Dopóki nie robi się ciemno, najlepiej czuję się zamknięta w swojej sypialnianej łazience. Skurcze zaczynają wracać, a ja jestem już bardzo do wewnątrz, opieram się o umywalkę, rozluźniam całe ciało. Po zmierzchu przenoszę się do sypialni. Niemal bez światła, z zasłoniętymi oknami, z cichą muzyką z płyty i Cudem Narodzin w słuchawkach chodzę z zamkniętymi oczami po sypialni, przy skurczach opierając się na przewijaku. Chcę być sama, to dla mnie nowe, w poprzednich porodach byłam wręcz przyklejona do męża. O 21:30 niechętnie wychodzę ze swojej "bańki", mówię M, żeby nalewał wody do basenu i dzwonię do położnej. To już ten moment, kiedy każdy kolejny skurcz obejmuje mnie mocniej, mrowienie i ciepło są coraz intensywniejsze. Dosłownie zanurzam się w każdej fali, Cud Narodzin w moich uszach cudownie pomaga mi przyjmować je z radością, całkowitym rozluźnieniem, niesamowitym poczuciem jednocześnie kontroli nad swoimi odczuciami (błękitny obłok znieczulenia hipnotycznego - niesamowita sprawa) i totalnego odpuszczenia, poddania się, płynięcia z prądem.

Kiedy około 22:00 przyjeżdża położna (potem następna - towarzysząca, która pierwszy raz była przy porodzie domowym, dopiero uczy się całego procesu; a potem jeszcze jedna, prawowita "druga położna" przy porodzie), nadal nie mam ochoty wychodzić ze swojej norki. Witam się tylko i zaraz wracam do swojego bezpiecznego miejsca. Basen jest już napełniony, czuję, że woda mi pomoże, już wydaję dźwięki, wiem, że potem będzie trudniej się przemieszczać.... więc przebieram się i wchodzę do niego. Salon wspaniale przygotowany przez mojego męża - nikłe światło, zapalone świece, basen w kącie tak jak chciałam, wypełniony ciepłą wodą, dzbanek wody z miodem i cytryną. Jest przytulnie, cudnie, jest tak...normalnie. Mama podaje Ulli herbatę, Ulla siedzi sobie przy stole ubrana w swoją zwykłą sukienkę, w której przyszła (nie przebiera się do porodu, jeśli nie ma takiej potrzeby), zapisuje coś w papierach. Nie ma zamiaru badać rozwarcia ani razu przez cały poród, co kilkanaście minut będzie tylko sprawdzała tętno.

Przez całą pierwszą fazę porodu przechodzę zaskakująco łatwo. Nie opuszcza mnie to wspaniałe uczucie kontroli i odpuszczenia, Cud wciąż w słuchawkach. Zauważam kryzys 7cm na zasadzie "o, zaczynam się bać, o, jest bardzo trudno... za chwilę to minie" i dalej jestem spokojna. Mąż masuje mój krzyż w czasie każdego skurczu odkąd jestem w basenie, teraz zaczynam też ściskać go za drugą rękę. Najlepiej mi na kolanach, tak jak w każdym z porodów.

Kiedy zaczynam odczuwać parcie i zmienia się rodzaj dźwięków, które wydaję, zmienia się tylko tyle, że zrywam słuchawki z uszu - nagle spokojny głos i sugestie zaczynają mnie strasznie wkurzać. Ech ta adrenalina ;) Ulla nie wraca po badaniu tętna do stołu, zostaje, kucając, przy basenie. Jest mi bardzo trudno, ale mam w pamięci te trzy skurcze parte, w których urodziła się Nela. Ulla pyta która godzina, jest przed północą. Zauważa z uśmiechem, że ciekawe, czy Mała urodzi się 5. czy już 6. kwietnia. Uff, ona też myśli, że to już niedługo!

Mija kilka skurczy. Czuję, że zaczynam się gubić, panikować, szaleć w środku. Czuję, że skurcze nie są efektywne, że Mała jakby stoi w miejscu; wcześniej dokładnie czułam co się dzieje - rozwieranie, przesuwanie się Małej. Teraz nie wiem, co się dzieje. Lecą mi łzy, bardzo krzyczę, nadal nic. Pytam ile jeszcze, każę M przetłumaczyć, umiem już mówić tylko po polsku. Ulla spokojnie mówi, że pewnie kilka skurczy, że jeśli mi to pomoże, to może mnie zbadać. Tak, bardzo chcę. Okazuje się, że Mała ma dużą głowę - jest tuż przy wyjściu, za kością łonową, ale być może moja pozycja pochylona do przodu troszkę zmniejsza jej wyjście i wolniej się przesuwa. Ulla sugeruje, że odchylenie się na kilka skurczy do tyłu może jej pomóc.

Tu następuje najtrudniejszy moment - muszę zrezygnować z masażu krzyża w skurczu, który, jak mi się wtedy wydaje, ratuje mi życie i w ogóle pozwala przetrwać - żeby móc odchylić się do tyłu w basenie. Robię to, ale jest mi granicznie trudno - zaciskam z całej siły ręce na uchwytach, prawie przebijając osłonkę basenu, wydzieram się naprawdę potwornie (gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl o śpiących dzieciach, o mojej mamie za ścianą, o sąsiadach... ale długo się nie utrzymuje), myślę, że umieram, krzyczę po angielsku, że nie dam rady... A jednak czuję, że TAK, ona się od razu przesunęła, widzę spokój położnych - może jednak nie umieram...?

Jeszcze kilka najtrudniejszych w moim życiu sekund - tak, były trudniejsze niż w poprzednich porodach - wypełnionych szaleńczym parciem z całych sił (z gatunku tych sił, które pozwalają matce podnieść samochód i tak dalej), i już gdzieś na granicy świadomości czuję ring of fire. Jednocześnie mam wrażenie, że pękam na pół i WIEM, że to już za chwileczkę...! Odruchowo zaczynam dmuchać świeczki zamiast przeć (w poprzednich porodach nie umiałam przestać, teraz to przyszło samo), czekam i czuję... sięgam... włosy! Urodziła się główka, co za niewiarygodna ulga i euforyczne szaleństwo! Krzyczę do M, który jest tuż obok: "JEST GŁÓWKA, WIESZ?!?!?". Trzymam mojej Jadzi rękę na główce, kiedy rodzi się całe ciałko. Wyciągam ją spokojnie z wody na swoje piersi. Pępowina jest długa, gruba, niesamowita, nawet położne będą to komentować. Ulla nawet nie włożyła ręki do basenu.

Urodziłam córkę na swoje ręce, 47 minut po północy. Czuję się... nie z tej ziemi.

Łożysko urodziło się po kilkunastu minutach, nadal w basenie. Dopiero potem została przecięta pępowina - zrobiła to Ulla, bo mój M nie jest fanem takich rzeczy ;) a ja się bardzo cała trzęsłam z wysiłku i bałam się, że będzie mi trudno. Ulla pochyliła się nad Jadzią, powiedziała, że to zaszczyt, i dopiero wtedy w skupieniu przecięła pępowinę. My poszliśmy do łóżka, a położne zostały nad papierami. Podstawowe badanie po kilku godzinach, na moim brzuchu. Ważenie tą śmieszną wiszącą wagą. Moje największe dziecko - 3720g, 54cm, 34cm głowa. Stąd ta trudność na koniec...

Dzieci spokojnie spały w swoim pokoju. Poznali swoją siostrę rano. Moja mama bardzo przeżyła bycie niemal przy porodzie - wspomina, że słuchanie mnie na koniec było bardzo trudne dla niej jako matki, ale też całe doświadczenie było niesamowite - ta pępowina, to, że Jadzia była taka spokojna i wpatrzona we mnie (sama przeżyła dwa bardzo zmedykalizowane porody, więc prawie wszystko było tu inaczej). Położne wyściskały nas, powiedziały, że jesteśmy niesamowitym "birth team", że rozumieliśmy się z mężem bez słów. Ulla przychodziła przez tydzień codziennie nas odwiedzać, nadal przychodzi co kilka dni (jest 3 tygodnie po porodzie).

Ten poród był zupełnie niesamowity i zupełnie... normalny. To poczucie normalności zostało ze mną do dziś, nie dopuszczając do mnie baby bluesa i ogólnego połogowego rozstrojenia, które były moimi problemami przy starszych dzieciach. Jadzia, moja niezwykła niespodzianka <3 


Pamela Kucińska

Komentarze  

 
0 # Lenia 2017-06-05 13:48
Ciekawie napisane!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Wiola 2017-07-01 23:30
3 miesiace ciezkich cwiczen, jak wam sie podoba moja figura?


https://img163.imagetwist.com/th/16346/3kpzfezh0b15.jpg
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.