You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Paulina i Olga

 lat temu na Świecie pojawiła się moja córka, a ja narodziłam się jako mama. Te chwile całkowicie odmieniły moje życie...

Niedługo po tym kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, w mojej głowie pojawiła się jedna myśl: CIĄŻĄ=PORÓD, a jak PORÓD, to cesarka. Wtedy byłam jeszcze młodą dziewczyną mającą w głowie obrazy z dokumentu "Pierwszy krzyk", czy jakoś tak, który oglądałam w dzieciństwie. Przez pewien czas żyłam z myślą o cesarce (ze wskazań medycznych rzecz jasna), nie wyobrażając sobie innej możliwości. Na szczęście ta myśl pojawiła się równie szybko jak zniknęła, co było w pewnej mierze związane z bombardującymi mnie z każdej strony traumatycznymi historiami dotyczącymi porodu, lub wręcz przeciwnie samymi idealnymi porodami. Dzięki temu na kilka tygodni w ogóle wyparłam myślenie o porodzie, ze strachu, a może w związku z innymi zawirowaniami życiowymi. Któregoś dnia, bliżej półmetku ciąży trafiłam na stronę Fundacji Rodzić po Ludzku. Czytałam, czytałam, czytałam... I chłonęłam wszystko jak gąbka. Kiedy wspomniałam mojemu lekarzowi, o tych "rewelacjach" przeczytanych na FRpL, to zbył mnie głupim komentarzem. Wtedy straciłam do niego zaufanie. I tym samym już wiedziałam... Nie będę rodzić w lokalnym szpitalu, choćby nie wiem co się działo.

Co więcej, dojrzałam nie tylko do porodu naturalnego, ale w mojej głowie zaczęła kiełkować myśl o porodzie domowym. Niestety byłam już około 36tc, a do tego w pobliżu mojej miejscowości na wschodzie kraju ciężko było o położną, która by taki poród przyjęła. Poza tym najbliżsi nie byli przekonani do tego pomysłu. Kolejną komplikacją był fakt studiowania 260km od domu, wprawdzie tylko weekendowo, ale gdyby poród nastąpił poza domem, to nie miałabym położnej. Dlatego jedynym rozsądnym rozwiązaniem okazał się Dom Narodzin. Na miesiąc przed terminem zaczęłam uczęszczać do szkoły rodzenia prowadzonej przez położne pracujący w DN, gdzie dowiedziałam się wielu bardzo praktycznych rzeczy, poukładałam sobie trochę w głowie różne informacje i dopiero teraz na poważnie zaczęłam oswajać się z myślą o porodzie. Raz w tygodniu kursowałam sobie między domem, a szkołą rodzenia: 2-2,5h busem w jedną stronę, a w co drugi wieczór jeszcze dodatkowo kilka godzin w pociągu na piątkowe zajęcia. Mimo, że byłam w terminie, to nigdy nie brałam ze sobą torby do szpitala, bo uznałam, że będę wiedziała kiedy mi będzie potrzebna...

W między czasie odbyłam wizytę kwalifikacyjną do porodu w Domu Narodzin... Niestety zostałam zdyskwalifikowana, ale postanowiłam rodzić w tym szpitalu na oddziale. Tak mijały mi ostatnie tygodnie, uczyłam się do egzaminów w sesji zimowej i jeździłam, między dwoma miastami i domem. Pewnego wieczoru poprzedzającego mój egzamin, poczułam silny ból, nie były to typowe skurcze (chyba), ale na tyle przeraziły moich bliskich, że spakowali mnie w kilka chwil i zawieźli do wybranego przeze mnie szpitala, 150km od domu. Zanim dojechaliśmy, to mi przeszło, ale skoro już przyjechałam, to zostałam zbadana przez dość niemiłą lekarkę, która odesłała mnie do domu mówiąc, że: "nic się nie dzieje, rozwarcia brak, poród nastąpi prawdopodobnie w przeciągu najbliższych 2 tygodni". Po spędzeniu prawie całe nocy na dojazdach i pobycie na izbie, na egzamin nie dotarłam, trudno, jest drugi termin.

W przeciągu kolejnych kilkunastu dni jeszcze raz przepakowałam torbę, uczyłam się, prałam i prasowałam piękne, malutkie ubranka, czytałam, a moje ciało nadal funkcjonowało normalnie... Aż pewnego czwartkowego, lutowego wieczoru, podczas oglądania tv poczułam jakby coś we mnie pękło, a mnie zaczęło robić się "mokro". Nie byłam pewna czy to już, więc wstałam i się przeszłam. Faktycznie zaczęły się ze mnie sączyć wody płodowe. Teraz poród był faktem. Było około 21:40 i stwierdziłam, że skoro wody są przejrzyste, a skurczów brak, to mam jeszcze czas na ogarnięcie się, zjedzenie i poczekanie na rozwój wydarzeń. W domu byłam z mamą i bratem. Powiedziałam im po około 1,5 godzinie. Oczywiście "zgłupieli", zaczęli biegać, pakować wszystko do auta i ogólnie świrować, a ja, o dziwo - oaza spokoju stałam i patrzyłam na nich z bezsilnością. Niedługo po poinformowaniu moich bliskich byliśmy w drodze do szpitala. Całą drogę sypał śnieg, normalnie odśnieżarki nie nadążały z robotą, widoczność minimalna, oni zestresowani, a ja? Cóż nic mnie nie bolało, skurczy brak, więc siedziałam w spokoju i dawałam im się zawieźć.
Do szpitala dotarliśmy po 1 w nocy. Od razu wzięli mnie na oddział - dokumenty miałam już wypełnione wcześniej. Dostałam piękną salę, zostałam zbadana i czekałam razem z moją mamą na rozwój wydarzeń. Pamiętam, że sporo czasu poświęciłam na pasjansa, chodzenie po sali i zmienianie woreczków z pestkami na ciepłe. Moja wspaniała położna masowała mnie, bo zaczynał doskwierać mi ból krzyża.Miałyśmy tyle prywatności ile potrzebowałyśmy, zgaszone światło i ciszę. Za każdym razem gdy położna przychodziła, to mówiła po co przyszła i pytała o zgodę na wykonanie różnych czynności. Niestety mimo cudownej atmosfery, nie czułam ani jednego skurczu, za to coraz bardziej bolały mnie plecy i zaczynałam się już niecierpliwić. Rozwarcie praktycznie nie postępowało, akcji brak, a w szkole rodzenia mówili, że częściej kobiecie w porodzie towarzyszą skurcze, niż bóle krzyżowe... Kompletnie nie byłam na to gotowa i niestety około 3:30 w nocy ból był już na tyle silny, że nie pomagały masaże, okłady, chodzenie, ani nawet kąpiel w ciepłej wodzie w wannie. Zaczęłam używać wielu niecenzuralnych słów, denerwować się i jeszcze bardziej zamykać w sobie. Postęp był niewielki. Na szczęście położna zaproponowała mi zastrzyki z wody sterylnej i na jakieś 10minut ból ustał, a potem niestety wrócił ze zdwojoną siłą. Zaczęłam błagać o znieczulenie, mimo, że nie miałam go w planie porodu. Świtało, a ja nie mogłam doczekać się na choćby jeden skurcz. Miałam wszystkiego dość i chciałam by ktoś wyciągnął ze mnie moją córkę. W końcu przyszła ordynator i widząc moje zmęczenie i brak postępu powiedziała, że dobrym pomysłem jest znieczulenie. W końcu przyszedł anestezjolog. Siedziałam przerażona tym wbiciem igły w kręgosłup i o dziwo moje rozwarcie z 7,5 skoczyło do niemal 10, szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej, zrezygnowałabym ze znieczulenia. Kiedy już je dostałam po 20 minutach od podania ból wrócił, na szczęście pani ordynator, zareagowała i dostałam drugą dawkę, która skutecznie pozbawiła mnie bólu krzyża. Udało mi się nawet zdrzemnąć, a po drzemce jeszcze szybko zjeść, napić się i skoczyć do toalety. Po załatwieniu podstawowych potrzeb fizjologicznych siedziałam, a właściwie skakałam na piłce czekając na II fazę, była 10:00. Słońce odbijało się od śniegu i rozświetlało moją narożną salę, było piękne bezchmurne niebo. Piękny ranek, a ja w centrum... Aż w pewnym momencie zaczęłam czuć wypełniające mnie coś... To było niesamowite, ale i dziwne uczucie. Nigdy nie czułam nic podobnego. Jak się okazało, to była głowa mojej córki, która właściwie wychodziła już ze mnie. Kiedy powiedziałam o tym położnej, od razu pomogła mi wstać i przenieść się na łóżko. Choć w/g planu chciałam rodzić w pozycji wertykalnej, to po całonocnych męczarniach związanych z silnymi bólami krzyżowymi było mi już wszystko jedno w jakiej pozycji moja córka przyjdzie na świat. I tym sposobem wylądowałam na plecach z nogami w górze. Cóż... wtedy mnie to nie obchodziło. Mogłam przeć wg potrzeb, krzyczeć, oddychać i wbijać paznokcie w ręce mojej pani doktor (jestem jej ogromnie wdzięczna za okazane wsparcie), ani razu nie dała po sobie poznać, jak ją boli... To było niesamowite. Niestety nie do końca umiałam się skupić na zadaniu. Co chwilę próbowałam patrzeć położnym na ręce, pilnując by mnie nie nacięły. Oczywiście nie było takiej potrzeby, bo ochroniły mnie przed nacięciem i większymi pęknięciami. Kiedy w końcu udało mi się skupić na parciu, czułam się niesamowicie, to uczucie napierania, niesamowite możliwości mojego ciała, a także wreszcie widoczny postęp dodawały mi energii. Położna zaproponowała mi lusterko, ale ja jakoś nie miałam ochoty patrzeć na wychodzącą ze mnie córkę. Po kilku skurczach, o 10:50 była już na mnie. To było naprawdę niesamowite i bardzo emocjonujące uczucie. Do dziś nie potrafię go opisać.

Moja córka z pomocą położnej wylądowała na moim brzuchu. Dostałyśmy dwie godziny kontaktu skóra do skóry. Została przyrzucona pieluchą, a ja asekurowałam ją by nie spadła. Była taka delikatna i tak strasznie brzydka, że aż piękna, a jej oczy w kolorze ciemnego granatu... Były takie piękne. To przenikliwe, mądre spojrzenie. Jakby wiedziała już wszystko. Cudowne. Oksytocyna uderzyła mi do głowy. Moja córka i ja dostałyśmy piękny prezent od personelu... Mogłyśmy przekonać się o działaniu instynktu. Prawie dwie godziny zajęło G. dopełznięcie z mojego brzucha do piersi, chwycenie jej i zassanie, ale udało jej się to bez żadnego problemu ( nasza mleczna droga trwała prawie 5 lat). W między czasie nadszedł czas łożyska. Kiedy córka zmagała się z wędrówką, ja skupiłam się na tym, czy wyszło w całości, jak wygląda itp. Krwawiłam bardziej niż powinnam, przez co jeszcze bardziej brakowało mi sił, więc tym bardziej byłam wdzięczna za te dwie godziny. Ale okazało się, że nie ma miejsc i nie mogą nas przenieść na inny oddział, więc dostałyśmy jeszcze 45 minut na tulenie i ogarnięcie się. To było niesamowite. Moja córka miała takie wspaniale oczy i włosy i wielkie stopy. Dopiero zaczynało do mnie docierać wszystko co się wydarzyło i byłam taka szczęśliwa. Właściwie, to od tamtego dnia 08 lutego 2013 roku jestem nieustannie szczęśliwa, a moja córka cały czas mnie zaskakuje.

Oczywiście G. przespała swój pierwszy dzień na świecie, ale cóż się dziwić, dla niej to było równie wyczerpujące jak i dla mnie. Wieczorem zjadła i znów zasnęła, a w nocy, cóż, darła się bez przerwy. Dlatego zapobiegając mojemu znacznemu spadkowi nastroju, w związku ze szpitalem, wyciem i kolejnej nocy na nogach wyszłyśmy do domu dzień po narodzinach. Bałam się tego strasznie, ale okazało się, że w po dotarciu do domu, moje dziecko wyluzowało, przestało płakać i okazało się totalnie bezproblemowe i tak jest do dziś. 


Paulina

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.