You certainly have my blessing in starting your own blog/FB page :)

Take care, January Mrs BWF (założycielka birthwithoutfearblog.com)

Mój piękny poród

Zacznijmy od początku, czyli od...poczęcia. Michał począł się tak pięknie jak się urodził. W lesie pod uginającymi się od śniegu gałęziami drzew. W krajobrazie iście baśniowym. A potem była bardzo spokojna ciąża i bardzo świadome przygotowania do porodu. Wiedziałam, że tym razem przygotowanie musi dotyczyć przede wszystkim myślenia, bo to jest nawet ważniejsze niż forma fizyczna.

Zaczęłam więc dużo o porodzie naturalnym czytać. Natrafiłam na świetne amerykańskie portale, które są naprawdę skarbnicą wiedzy. Na jednym z nich znalazłam listę książek pod tytułem: ?Co zamiast W oczekiwaniu na dziecko?? Oczywiście wszystko po angielsku. Poprosiłam moją przyjaciółkę, która mieszka w Irlandii, żeby mi kupiła którąś z tych książek. Zdarzyło się tak, że znalazła tylko jedną - Ina May's Guide to Childbirth - i więcej nie było mi trzeba. Ta książka miała tak ogromny wpływ na mój poród i inne sprawy w moim życiu, że muszę o tym teraz pisać.

Ina May powróciła w jeszcze jeden sposób do mojej historii porodowej. Kiedy byłam w końcówce ósmego miesiąca i bardzo aktywnie brałam udział w organizacji Dni Bliskości, szukając czegoś z nimi związanego natrafiłam w necie na informację, że Ina May - TA Ina May przyjeżdża do Polski i będzie można się z nią spotkać w Warszawie. Były dwa spotkania - jedno krótkie, dwugodzinne, za 20zł i drugie długie prawie całodzienne warsztaty za 200zł. Chciałam się wybrać na to tańsze i z taką myślą podesłałam linka Emilce z pytaniem: jedziemy? Emilka podeszła do sprawy poważnie i zaczęła się szykować, a ja tak do końca nie byłam nawet pewna czy naprawdę chcę się tłuc do Warszawy w końcówce ciąży o w ogóle. Kiedy się zorientowałam, że Emilka ma na myśli to dłuższe spotkanie, odmówiłam, napisałam, że nie mam kasy itd. Emilka odpisała mi, że też nie ma, ale taka okazja może się nie powtórzyć, Ina May jest w Polsce może tylko jeden raz i ona musi tam być. Tego samego dnia rozmawiałam z moją mamą i powiedziałam jej, że z powodu braku funduszy przegapię spotkanie z osobą, która inspiruje tak, że może wpłynąć na całe życie człowieka. Moja mamusia, która urodziła pięcioro dzieci i zawsze mówiła nam, że poród jest piękny, nie chciałaby przecież żeby jej dziecku umknęła taka szansa, więc dała mi pieniądze na te warsztaty. Pojechałam na wariata, gdyby nie Emilka, nigdy bym tam nie dotarła, ona o wszystko zadbała, sprawdziła połączenia, załatwiła transport w Warszawie (dzięki Gosiu!) i jeszcze mnie nakarmiła. Warsztaty były niesamowite! A sama Ina May właśnie taka jak się spodziewałam: ciepła, otwarta i zmieniająca życie. Na tych warsztatach była też Irena Chołuj - polska położna przyjmująca porody domowe. Chciała dać Inie swoją książkę, chciała coś powiedzieć, ale nie znała angielskiego. Zaproponowałam, że przetłumaczę. I tak w pewnym momencie na przerwie znalazłam się między Iną May Gaskin, a Ireną Chołuj tłumacząc uprzejmości którymi się wymieniały te dwie legendy położnictwa. Miałam wtedy takie poczucie nierealności tego zdarzenia, a jednak tam naprawdę byłam. Po skończonym warsztacie poprosiłyśmy Inę May o autografy na naszych kopiach jej książek i zrobiłyśmy sobie wspólne zdjęcie. Na pożegnanie Ina powiedziała do mnie: ?Have a beautiful birth!? (pięknego porodu), a ja odpowiedziałam: ?I will? (tak będzie). I tak było...

Ina-May-Gaskin-Na-strone

To może do rzeczy. Termin porodu miałam na 10 lub 11 listopada z ostatniej miesiączki, a na 14 z pierwszego usg. 9 listopada, w piątek rano zaczął mi odchodzić czop śluzowy. Byłam już trochę podekscytowana, bo z mężem marzyliśmy sobie, że synek urodzi się w weekend. Nie miałam jednak żadnych skurczy, więc robiłam wszystko normalnie, tylko parę rzeczy dorzuciłam do torby szpitalnej. W sobotę nadal nic się nie działo. Wieczorem Kamil z Alicją, naszą pięciolatką, wybierali się do sklepu, powiedziałam, że chcę iść z nimi, mając nadziej, że chodzenie trochę rozkręci imprezę. Miałam wtedy jakieś pojedyncze skurcze, ale nic konkretnego. W niedzielę po południu powiedziałam, że chcę jechać do lasu. Marzyłam sobie, że tak jak w opowieściach porodowych w książce Iny May Gaskin, pochodzę po lesie, będę się opierać o drzewa w trakcie skurczów i poród się ładnie rozkręci. Spacer był bardzo udany, rzeczywiście miałam parę skurczy i parę razy przytuliłam się do drzew, ale nic się na dobre nie zaczęło. Mam z tego wyjazdu filmik, na którym mówię, że jesteśmy w lesie, przyjechaliśmy tu z nadzieją, że zacznie się poród. Następnego dnia zaprowadziłam Alicję do przedszkola jak zwykle, ale już mi zaczynała psychika siadać, więc zadzwoniłam do Emilki, czy mogę do niej wpaść pogadać, bo zaczynam już świrować. Pogadałam trochę z Emilką i się uspokoiłam.

Od Emilki miałam też drugą książkę o porodzie - właśnie Ireny Chołuj ?Urodzić razem i naturalnie?. To ją podczytywałam przed samym porodem, bo Guide już skończyłam. Poniedziałek i wtorek minęły normalnie, miałam jakieś pojedyncze skurcze, jednak nic regularnego. Przez te dni piłam sporo herbatki z liści malin i brałam wiesiołek. W nocy z wtorku na środę miałam sen o jakiejś kuli wypełnionej wodą, która miała sprawić, że główka lepiej się ułoży w kanale rodnym czy coś takiego. Zaraz potem, a może nawet w trakcie tego snu, poczułam przypływ (tak Ina nazywa skurcze), ale to rzeczywiście był przypływ, bo za trzecim razem poczułam jak delikatnie coś zaczęło ze mnie wypływać. Była prawie 2 w nocy. Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki umyć się i zmienić piżamę. Wiedziałam, że od odejścia wód do rozpoczęcia porodu może jeszcze sporo minąć, więc nie chciałam budzić Kamila. Obudziłam go jednak odsuwając drzwi szafy, kiedy sięgałam po czystą bieliznę. Zapytał od razu bardzo trzeźwym głosem: co się stało? Powiedziałam, że nic, że wody mi zaczęły odchodzić. ?O, to ja muszę wstawać, za kilka godzin musimy być w szpitalu, a ja mam jeszcze projekt do skończenia? - powiedział mój zapracowany mąż. Poradził mi, żebym wróciła do łóżka i próbowała pospać. Taki właśnie miałam zamiar, chciałam odpocząć, żeby mieć siły na to, co mnie w tym dniu czekało. Pamiętam, że nie czułam strachu, tylko jakieś takie podniecenie, przypływ energii. Nie mogłam już zasnąć przeleżałam jeszcze kilka fal, ale w miarę jak robiły się bardziej odczuwalne, uświadomiłam sobie, że w tej pozycji to ja nie chcę się mierzyć z kolejnymi. W tym czasie mój mąż wstał, zjadł coś i wybierał się na trochę do swojej pracowni, żeby zrobić ten projekt, który był potrzebny na ten dzień. Powiedział, że może nie iść, że jest szansa, że zdąży wrócić i to zrobić, ale wolałam już żeby poszedł do pracy w środku nocy niż przez cały dzień myślał o nieskończonej robocie, kiedy ja będę go potrzebowała przy mnie. Fale przychodziły co około 7 minut. Radziłam sobie z nimi klęcząc na podłodze w pokoju, opierając się na łóżku i kołysząc biodrami. Nie było źle. Pomiędzy nimi chodziłam po domu i szykowałam rzeczy do szpitala. Jeśli odpoczywałam między skurczami, utrzymywały się co 7 minut, jeśli trochę pochodziłam, zagęszczały się.

Kiedy Kamil wyszedł, postanowiłam wziąć kąpiel, trochę też po to, żeby ewentualnie spowolnić akcję, gdyby zaczęło się dziać coś szybciej. Poleżałam w wannie około 40 minut. Zrobiłam sobie ostatnie zdjęcie brzuszka przed porodem. Kiedy wyszłam, wrócił Kamil i zaczęliśmy się szykować do wyjazdu. Obudziłam Alicję mówiąc jej, że zaraz jedziemy do szpitala, że to już dziś urodzi się Michałek. Kiedy to usłyszała, podniosła się, od razu przytomna i obdarzyła mnie jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Była bardzo podekscytowana. Bez problemu wstała, ubrała się, zjadła śniadanie. Ja nie dałam rady nic konkretnego zjeść, ale byłam głodna, więc zjadłam parę kromek pieczywa chrupkiego z masłem. Przygotowania zajęły dłużej niż się spodziewałam i parę minut po 6 wyruszyliśmy do Sokółki. W samochodzie skurcze się uspokoiły, chociaż pamiętam, że nie do końca byłam obecna, bo mąż coś do mnie mówił, z ja, siedząc na tylnym siedzeniu słyszałam tylko szum i nie wiedziałam o co chodzi. Po drodze do Sokółki zajechaliśmy do Czarnej Białostockiej, gdzie mieszkają moi teściowie, żeby zostawić u nich Alicję. Mama Kamila prosiła, żebyśmy zajechali jeszcze do sklepu i kupili małej jakieś bułeczki. Kiedy się zatrzymywaliśmy pod sklepem bardzo silny skurcz zbiegł się akurat z przejeżdżaniem wyboju na drodze i to bolało. Nawet bardzo. Przystanek u teściów był mile widziany, bo oczywiście miałam już pełny pęcherz,a odchodzące wody przeciekły przez wkładkę i bieliznę. Jak tylko przyjechaliśmy, od razu ?pobiegłam? do łazienki, żeby temu zaradzić. Pożegnaliśmy się z córeczką i pojechaliśmy dalej. W drodze znowu skurcze jakby ustały, czułam się dobrze, a moje zmysły były raz wyostrzone, raz przytłumione. Dziwne uczucie. W Sokółce, już blisko szpitala, znowu zajechaliśmy do sklepu, tym razem po jedzonko dla siebie, a głownie dla męża na czas porodu. Ja nie wysiadałam z samochodu i strasznie tam zmarzłam, bo w ten zimny listopadowy poranek powietrze bardzo szybko się wychłodziło.

Pod szpitalem jedyne miejsce parkingowe było dosyć daleko od wejścia na porodówkę. Zaparkowaliśmy i poszliśmy z częścią bagażu. Na izbie przyjęć powiedziałam, że ja do porodu,a pan zapytał mnie, czy mam skierowanie. Odpowiedziałam, że nie, ale wody mi odchodzą, to chyba wystarczy. Odesłał mnie do pani rejestratorki. Zadała kilka pytań, w tym o skierowanie. Jej powiedziałam, że wody ciekną mi po nogach, co było prawdą. Kazała się przebrać w toalecie i iść na oddział. Strasznie zimno było w tej łazience, ale jakoś udało mi się przebrać w kusą koszulkę porodową i szlafroczek, który się nie zapinał z przodu. Bez bielizny z gołymi nogami musiałam znowu pokazać się w poczekalni, żeby zgarnąć męża i torby. Pan czekający w korytarzu patrzył na mnie co najmniej z zaciekawieniem. Pojechaliśmy na górę. Pierwszą osobą, którą zobaczyłam była położna. Ta sama, która oprowadzała nas miesiąc wcześniej i z którą rozmawialiśmy o porodzie tutaj. Ta sama, która mi się śniła, że przyjmuje mój poród. I ta sama, która miała go właśnie przyjmować. Odetchnęłam, budziła we mnie zaufanie i nie bałam się jej powierzyć tak odpowiedzialnego zadania. Zaprowadziła mnie do sali porodowej na badanie, zapytała o skurcze i ich częstotliwość. Leżąc na kozetce do badania zobaczyłam zegar na ścianie. Była 8.00. Położna powiedziała, że rozwarcie jest na 3,5 palca i że tu trzeba jeszcze dużo porządnej czynności skurczowej. Od przyjazdu do szpitala nie miałam ani jednego skurczu, mówiłam jej, że w domu były już co 5 minut, ale teraz się uspokoiły. Powiedziała, że podłączy zapis ktg, żeby zobaczyć czy coś tam się dzieje. Zaprowadziła nas do sali eko. Znowu odetchnęłam, po cichu bałam się, że ta sala będzie zajęta i nie będę miała tych sprzętów, na które liczyłam. Sala była nasza.

Położna podłączyła ktg, oczywiście zapis nic nie pokazał, bo siedziałam i skurcze nadal nie wróciły. Podczas zapisu przyszła z dokumentami do wypełnienia. Zauważyła, że mam plan porodu, wzięła jeden egzemplarz i punkt po punkcie przedyskutowała go ze mną. Z wielkim szacunkiem i taktem rozmawiała ze mną o kolejnych punktach. Przy większości mówiła: ?to u nas standard, tak zawsze robimy?, a wtedy ja: ?i właśnie dlatego tu jestem?. Przy niektórych mówiła: ?A my to robimy tak i tak, czy Pani się zgadza?? Nic nie próbowała perswadować, chyba najdłużej rozmawiałyśmy o podaniu oksytocyny przed urodzeniem łożyska. Ja nie chciałam, żeby mi podali, oni robią to standardowo. Zgodziłam się, że poczekamy 15 minut i jeśli się samo nie urodzi, dostanę ten zastrzyk. Omawiałyśmy też kwestię nacięcia krocza, a raczej unikania tego nacięcia. Bardzo mi na tym zależało. Położna przyznała, że nie może nic obiecać. Z taką blizną, jaką miałam po pierwszym porodzie, po takim dużym nacięciu tkanki nie są już takie rozciągliwe. Obiecała jednak, że zrobi co w jej mocy. Po położnej w sali pojawiła się położna noworodkowa, też z dokumentami. Z nią mieliśmy krótką wymianę zdań na temat szczepień, ale też rzeczową i z szacunkiem. Później przyszła jeszcze jedna pielęgniarka,a potem był obchód, a może odwrotnie, w każdym razie, ciągle ktoś tam przychodził, a ja ciągle musiałam siedzieć albo stać, żeby z nimi rozmawiać. Rodzić mi nie dawali!

Lekarka na obchodzie miała zastrzeżenia co do mojej opieki prenatalnej, a to że za mało wizyt, a to że badań aktualnych nie ma. Nie przejęłam się tym zbytnio, bo ufam mojemu lekarzowi i wiem, że krzywdy mi nie zrobi. Kiedy mnie w końcu odłączyli od zapisu, mogłam zająć się tym, po co tam przyjechałam, czyli aktywnym rodzeniem. Kamil mnie zagrzewał, a ja skakałam na piłce, wieszałam się na drabinkach, chodziłam jak bocian i od razu pojawiły się jakieś skurcze. Potem znowu ktoś po coś przyszedł i musiałam przestać, to i skurcze zniknęły. W końcu na kolejne pytanie położnej, czy coś się dzieje mój mąż powiedział, że jak się ruszam, to owszem, a jak muszę siedzieć i papiery wypełniać, to pewnie, że nic. Wtedy na trochę dali nam spokój, ale i tak za dużo tam osób wchodziło i wychodziło w tych pierwszych godzinach.

Byłam strasznie głodna. Podjadałam sobie dżem dyniowo - jabłkowy bez cukru, który przygotowałam między innymi na tę okazję. Tak się cieszyłam, że go wzięłam. Był słodziutki i dawał mi energię. Kiedy już mogłam aktywnie pracować nad swoim porodem, wróciła akcja i skurcze były najpierw co 10, potem co 7 i 5 minut. Ok. 12 położna zapytała, czy chcę się zbadać. Chcieć, to za bardzo nie chciałam, ale stwierdziłam, że warto wiedzieć, jaki postęp, więc się zgodziłam. Były 4 palce, czyli całe nic postępu od 8 rano. Wcale mnie to jednak nie zniechęciło. Wiedziałam, że poród odbywa się w swoim własnym tempie, a ponieważ nikt nas nie popędzał, nie było się powodu spieszyć. Byłam bardzo spokojna o przebieg porodu, czułam się dobrze w salce porodowej z moim mężem. Żartowaliśmy sobie, opowiadałam mu historie porodów, które przeczytałam u Iny May i Ireny Hołuj. Położna, kiedy zobaczyła, że rzeczywiście mam aktywny poród i skurcze są coraz częstsze, zaproponowała, żebym weszła do wanny. Przed wejściem do wody odebrałam smsa od Emilki, która mi cały czas towarzyszyła na odległość - taka e-doula :) Pisała: ?Aniu, myslę wciąż o Was. Ty może już po?! Fale, jaskinia, przypływy, jestem z Wami :)? Świetnie wiedziałam do czego się odnosi. Napisałam jej, że jestem na etapie fal :) i że jest dobrze. Było mi w wannie naprawdę tak dobrze, że porównywałam to do najprzyjemniejszego relaksu na wakacjach. Po pół godzinie trzeba było jednak wyjść na ląd.

Ogólnie cały czas dobrze znosiłam fale, jeszcze nie były takie silne. Mąż mnie dopingował, mówił, że dobrze, dobrze, skurcze są dobre, dzięki nim poród postępuje. Pomiędzy falami wysłałam smsa do rodziny i przyjaciół, że jestem na porodówce, jest dobrze i ?ra(o)dzimy sobie?. Po wyjściu z wody trochę akcja przyspieszyła i skurcze były co około 3 minuty. Chwilami robiło się ciężko. Mąż mi cały czas pomagał przy każdym skurczu. Bolały mnie tylko plecy w odcinku lędźwiowym i on mi je masował albo swoimi rękami albo ręcznym masażerem, który naprawdę bardzo pomagał. Kiedy fale były już dosyć częste i silne, pamiętam, że parę razy cytowałam Inę May Gaskin, po polsku i angielsku. Kiedy mąż skomentował sposób, w jaki wokalizowałam ból, wykrzyczałam: Ina May says birth is sexual! Pamiętałam też afirmacje porodowe Iny, np: 'otwieram się jak kwiat', 'z każdym przypływem dziecko jest bliżej' i różne obrazy, które pomagały wizualizować sobie postęp porodu. Po jakimś czasie byłam już zmęczona i przypomniałam sobie historię o kobiecie, która jakby umysłem kierowała swoim porodem. Kiedy była zmęczona, po prostu wstrzymała akcję na kilkanaście minut i zdrzemnęła się. I to samo mi się przydarzyło. Akurat mój mąż też się do drzemki układał (to już drugi raz drzemał w trakcie porodu, przy porodzie Alicji też przysnął). Moje skurcze się zatrzymały i zdrzemnęłam się na worku sako. Przebudzenie jednak nie było przyjemne, bo obudził mnie potężny przypływ, a nie byłam w dobrej pozycji, żeby sobie z nim poradzić. Zanim nadeszły kolejne, przybrałam swoją ulubioną pozycję klęczącą, opierając się łokciami i głową na kanapie.

Przyszła położna i znowu zaproponowała wannę. Chętnie się zgodziłam, bo za pierwszym razem tak mi tam było dobrze. Tym razem jednak nie było już tak przyjemnie. Nie potrafiłam radzić sobie ze skurczami w wodzie, czułam się źle i chyba po dwóch czy trzech skurczach wyszłam. Zanim doszłam do kanapy i się ubrałam miałam kolejne trzy. Było już ciężko. Położna to widziała i zaproponowała gaz rozweselający. Zanim wszystko tam popodłączała i przyniosła co trzeba, miałam kolejnych kilka przypływów. Czytała mi jakiś formularz zgody, skutki uboczne tego gazu itd, a ja nie wiedziałam, co ona mówi i odpowiedziałam jej: wareva (whatever) i podpisałam zgodę. Chciałam spróbować, czy to mi trochę pomoże. Położna stwierdziła, że skoro i tak będę siedzieć pod gazem, to ona założy ktg na dłuższy zapis. Tego nie przewidziałam. Gdybym wiedziała, że to mnie unieruchomi, nie brałabym gazu, ale już było wszystko przygotowane, a ja rozpaczliwie szukałam jakiejś ulgi. Siedziałam na kanapie, ktg na brzuchu w jednej ręce przycisk od ktg,a w drugiej ustnik od gazu. Gaz zakręcił mi trochę w głowie przy pierwszych dwóch skurczach, między nimi nawet się śmiałam, ale nie wiem czy od gazu, czy po prostu śmieszyła mnie ta sytuacja. Przy trzecim już nie czułam żadnej ulgi,a kolejne wyskakiwały na skali usg tak wysoko, że nawet mój mąż był pod wrażeniem, co ja przeżywam. W pewnej chwili już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Było mi strasznie niewygodnie, nie miałam jak radzić sobie z bardzo silnymi przypływami. Masować też nie było jak, bo pasy od ktg przeszkadzały. W obu rękach coś miałam i nie wiedziałam, co mam z tymi rzeczami zrobić, przyciskać, przykładać do twarzy, na pewno kilka razy odwrotnie to zrobiłam. Krzyczałam i jęczałam. Czasem głos mi się załamywał i zaczynałam piać, ale szybko przypominałam sobie, co Ina May mówiła o wysokich dźwiękach, że zamykają gardło,a więc i drogi rodne. Poprawiałam się i mruczałam lub wyłam na niskich tonach.

Przy którymś wyjątkowo silnym skurczu krzyczałam: niech ona to zabierze! Miałam na myśli położną i aparat do ktg, którego pasy bezlitośnie ściskały mi brzuch. W pewnym momencie poczułam potrzebę parcia. Powiedziałam o tym mężowi, albo raczej wycedziłam przez zęby. Pobiegł po położną, która nie od razu mu uwierzyła, ale przyszła szybko. Ja w tym czasie starałam się opanować potrzebę parcia dysząc. Położna odpięła sprzęt i kazała mi się położyć na kanapie do badania. Pomyślałam, że to niemożliwe, żebym teraz się położyła, ale jakoś mi się udało. Cała się trzęsłam. Zbadała mnie i powiedziała, że jest pełne rozwarcie. W tym momencie pożegnałam się z marzeniem o porodzie wodnym. Wiedziałam z opowiadań koleżanek, że można nie zdążyć urodzić w wodzie i to się właśnie miało przydarzyć mnie. Położna zapytała, czy dam radę przejść na drugą stronę. Wydusiłam: na drugą stronę czego!? ?Korytarza? - powiedziała położna. Po drugiej stronie była sala porodowa z łóżkiem. Nieeee - krzyknęłam. Zaproponowała, żebym urodziła na tej kanapie.

W tym momencie z odsieczą przyszedł mój mąż. Otóż, dzień wcześniej czy też tego samego dnia opowiadałam mu historię z książki Iny May Gaskin, jak to kobieta rodziła, ale było jej bardzo niewygodnie, nie mogła znaleźć sobie miejsca i wtedy jej mąż przypomniał: ?kochanie, chciałaś spróbować stołeczka porodowego? i ona spróbowała i na nim urodziła. Użyłam tej historii do zilustrowania, czego spodziewam się po mężu w czasie porodu, że będzie moim mózgiem, kiedy ja będę myśleć tylko ciałem, że przypomni mi, co chciałam, a czego nie. W tym pełnym napięcia momencie mój mąż znalazł się w swojej roli i powiedział: ?chciałaś spróbować stołeczka porodowego?. Dosłownie! Stołeczek stał na przeciwko kanapy, zrobiłam więc dwa kroki i już siedziałam na stołeczku. Kamil stanął za mną, położna uklękła na podłodze przede mną. Oprócz nas już w tym momencie w sali była jeszcze pani doktor, która usiadła sobie na kanapie i położna noworodkowa, która stała obok mnie.

Zaczęła się druga faza porodu. Najpierw położna prosiła, żebym jeszcze nie parła, potem trochę poparłam w trakcie skurczy. Pomiędzy nimi odpoczywałam opierając się na mężu, a lekarka wesoło gadała sobie z położną. Po kilku skurczach partych główka była już na tyle nisko w kanale rodnym, że lekarka powiedziała, że widzi czarne włosy. To mi dodało sił, wiedziałam, że on będzie miał czarne włosy - taki mi się śnił! Zaczęła się najtrudniejsza część. Miałam przeć tak długo jak dam radę, dobierać powietrza i jeszcze przeć. Lekarka zasugerowała, żebym sobie pokrzyczała w trakcie parcia. Skwapliwie skorzystałam z tej propozycji, nie wiem czemu wcześniej tego nie zrobiłam, może się skrępowałam obecnością trzech osób. Kiedy rodziłam główkę, czułam mocne pieczenie i rozciąganie tkanek, jęczałam z bólu między parciami. Pocieszała mnie: ?rodzimy główkę, już zaraz pani urodzi? i przypomniała, że chciałam dotknąć główki. Poprowadziła moją rękę i poczułam coś ciepłego i włosy - to główka mojego synka, a on już zaraz będzie ze mną - pomyślałam. Usłyszałam szczęk przygotowywanych przez położną narzędzi do nacinania krocza i przez chwilę się przestraszyłam, ale już przy kolejnym partym czułam, że te same ręce, które przed chwilą trzymały nożyczki teraz aktywnie chronią krocze. Urodziłam główkę, a położna powiedziała: ?Główka urodzona, krocze zachowane?. Tego mi było trzeba! Odetchnęłam i jednym parciem urodziłam resztę ciałka mojego synka. Czułam jakby się wyślizgnął. Od razu wyciągnęłam po niego ręce i przytuliłam go do swojego brzucha. Poczułam ogromną ulgę i jeszcze większe szczęście.

660x419-IMG 0681

Uśmiechałam się tak mocno, że aż mnie twarz bolała. Szeptałam do niego: Michałku, mój synku, mój Ty bohaterze, jesteś taki dzielny. On płakał głośno i miał zaciśnięte oczy tak, że nie mogłam w nie spojrzeć. Michał urodził się o 15.25, a sześć minut później Emilka wysłała smsa: ?Wyobraź sobie kwitnący kwiat. Gdy kwiat kwitnie, wypycha dziecko. Wielki, piękny otwierający się kwiat i wychodzące z niego dziecko? Ina:)? Oczywiście tego smsa odczytałam po czasie,ale co za wyczucie! Położna odczekała aż pępowina przestała tętnić i dała mi ją do przecięcia. Trudno się cięło. Czekaliśmy na urodzenie łożyska, miałam nie dostawać od razu oksytocyny, ale zapytały mnie, czy się zgadzam i się zgodziłam. W ogóle tego nie pamiętam, mąż mi powiedział, że się zgodziłam. Dostałam zastrzyk w pośladek i zaraz potem urodziło się łożysko. Musiałam nawet trochę poprzeć, żeby je urodzić. Obejrzałam je sobie oczywiście - było piękne!. Kamil pstryknął parę zdjęć jak siedzę tak z Michałem ukrytym pod pieluszkami.

Lekarka obejrzała krocze i stwierdziła, że trzeba szyć, bo są wewnętrzne pęknięcia pierwszego stopnia, ale mocno krwawią. Stwierdziła, że muszę na szycie przejść na drugą stronę, na łóżko porodowe, a w tym czasie tato potrzyma synka. Noworodkowa dała Michała Kamilowi, a ja poszłam na szycie. Tego, jak się tam znalazłam też nie pamiętam. Mąż mi powiedział: ?wstałaś i poszłaś?. No tak. Szycie wydawało mi się dłuższe od parcia, tęskniłam za swoim synkiem. Kiedy lekarka szyła, położne próbowały mi się wkłuć do żyły i założyć wenflon. Wyjaśniły, że to po to, żeby uniknąć wielokrotnych wkłuć. W rezultacie wkłuwały się pięć razy. Kiedy już byłam zszyta i pokłuta położyłam się na łóżko i przewiozły mnie na salę porodową. Po drodze położyły koło mnie Michała i znowu poczułam się cała i szczęśliwa.360x360-IMG 0692 Leżeliśmy tak sobie i nikt nam nie przeszkadzał, potem przyszła siostra noworodkowa, żeby pomóc go przystawić do piersi. Od razu pięknie złapał i już wiedziałam, że z niego ssak nie lada i że ten chłopak lubi cyce. Kamil porobił nam trochę zdjęć, na których wyglądam jakby mi twarz zastygła w uśmiechu. Było mi tak dobrze, w ogóle nie czułam, że przed chwilą rodziłam. Czułam się silna, dumna i pełna energii. Ach, te hormony! Miałam przy sobie swoje słodkie maleństwo i nic mi więcej nie było trzeba. No, może tylko coś do jedzenia... Leżeliśmy sobie razem, zabrali go do obejrzenia dopiero po jakichś dwóch godzinach.

W Sokółce zostaliśmy prawie trzy dni. W tym czasie przestrzegano wszystkich moich zaleceń co do pielęgnacji mojego syka. Personel bardziej lub mniej chętnie uszanował moje życzenia. Wszystkie zmiany były poinformowane o moim planie porodu i nikt mnie do niczego nie namawiał ani niczego nie wymuszał. Od początku do końca traktowano mnie tam jak człowieka, jak kobietę, która wie, co dla niej i jej dziecka dobre i która jest kimś więcej niż pacjentką i przypadkiem. Warto było pojechać do innego miasta, aby być tak potraktowaną.

Poród mojego synka do tej pory wywołuje we mnie uśmiech i wzruszenie. Wspominam go z przyjemnością jako jedno z najpiękniejszych zdarzeń w moim życiu. Wzmocnił mnie jako kobietę i matkę, dodał siły i pewności siebie. Na jakość mojego porodu miało wpływ wiele osób, chciałabym im za to podziękować.

Dziękuję Bogu za za mojego syna i za wysłuchanie moich, i wielu innych osób, modlitw o dobry poród.

Mojej mamie za to, że zawsze mówiła mi, że poród jest piękny i że podczas tego doświadczenia towarzyszyła mi duchowo.

Mojemu mężowi za wspaniałe poczęcie, a także za zagrzewanie mnie do boju, rozśmieszanie i ulgę w bólu.

Mojej córce za jej modlitwę o radosny poród - taki właśnie był.

Emilce za wspólny wyjazd na spotkanie z Iną May Gaskin oraz za e-doulowanie :)

Agnieszce za to, że kupiła mi jedną z najważniejszych książek, jakie przyszło mi przeczytać.

Inie May Gaskin za tę książkę i życzenia pięknego porodu, które się urzeczywistniły.

Wszystkim, którzy towarzyszyli mi w czasie ciąży i porodu modlitwą, wsparciem i pozytywną energią.

660x360IMG 0702

Komentarze  

 
+2 # Emilka 2013-02-18 13:58
Aniu,

Wielokrotnie wzruszyłam się czytając Twoją historię. Choć towarzyszyłam Ci wirtualnie, a samą opowieść znałam już na drugi dzień, to jednak w całej pełni, ze szczegółami poczułam ją dopiero teraz...
Jest piękna... I Ty taka silna, w swojej kobiecej mocy zanurzona. Dziękuję.
Cieszę się, że mogłam w jakiś sposób być obok tych wszystkich wydarzeń i e-doulować. Przy kolejnym porodzie, mam nadzieję już doulować. ;-)
Buziaki! A za Michałkiem przepadam!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
-1 # Ania 2013-02-18 14:24
Emilko,
jeszcze raz Ci dziękuję i za tamtą obecność i za wsparcie teraz.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # Paulija 2013-02-18 17:36
Nie nazwałabym tego porodu pięknym ani tego opisanego przez poprzedniczkę- po prostu fizjologia i ogromna siła drzemiąca w matce. A przebieranie się w zimnej łazience i paradowanie półnago po rejestracji wręcz uwłaczające. Tym niemniej gratuluję i cieszę się ze szczęśliwego rozwiązania!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Ania 2013-02-18 23:01
Dziękuję. Dla mnie właśnie ta fizjologia i siła matki, o których piszesz, są piękne.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Ola 2013-10-02 21:29
Każdy opis na tej stronie jest opisem fizjologii - to jest poród. I to jest piękne :-)
Z tym uwłaczającym przebieraniem i paradowaniem "półnago" - przesada.
Piekny opis, piękne przygotowanir gratuluje i dziękuję za podzielenie się historią, takich nam potrzeba :-)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+3 # Barbara 2013-02-18 18:01
Czuję ucisk w gardle i nie dam rady nic powiedzieć. Kocham Cię. Mama.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+2 # Marta 2013-02-19 12:26
Piękna historia. Bardzo wzruszająca. My też czekamy na naszego synka Michasia, który ma przyjść na świat za 2 miesiące. Mam nadzieję, że również będę miała w sobie tyle sił i pozytywnych emocji jak Ty. Gratuluję!
ps. Bardzo dobry pomysł z opisaniem tej tak ważnej chwili w życiu.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Madzia 2013-02-24 21:52
Cudowna historia. Gratuluję naprawdę pięknego porodu:) I wielkie uznanie dla męża.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Madzia 2013-02-24 21:54
A, i wiesz, musiałyśmy się minąć. Ja też byłam na warsztatach z Iną May w październiku:)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Arleta 2013-02-28 01:58
Piękny poród i pięknie to wszystko ujęłaś. Nie ma nic piekniejszego niz spotkanie z Maleństwem, chwile przy piersi, pierwsze uściski ahh :). Wszystko jest tego warte. A w porodzie bardzo ważne jest podejście i pozytywne nastawienie.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+2 # Magda 2013-03-04 18:26
Wspaniała historia :) No i wielki plus dla szpitala, w którym pozwala się kobiecie rodzić i nie dręczy jej interwencjami, oraz za to, że pozwolili Ci z noworodkiem poleżeć po porodzie. Już traciłam nadzieję, że są w ogóle w Polsce takie szpitale. Gratuluję!!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Ewa 2013-11-14 15:21
Piękna opowieść !!!
Łzy ciekną mi ciurkiem ze wzruszenia :D
Życzę Wam spełnienia marzeń i cudownego życia !!!
100 lat dla Michałka !
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
+1 # Ewa 2014-11-10 18:13
Wspaniała historia i pięknie opisana:) Gratulacje!!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # BHW 2017-03-31 10:13
Hello, Neat post. There is an issue together with your website in web explorer, may
check this? IE still is the market chief and a big part of
folks will leave out your magnificent writing because of this problem.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # BHW 2017-04-10 15:51
This is a really good tip particularly to those new to
the blogosphere. Simple but very precise info… Many thanks for sharing this
one. A must read article!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
0 # zobacz 2017-07-02 19:04
Jak mieć wiecej obserwujących na insta ? Ten bot wykona cały trud za ciebie:


[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=J7tae8lSn9I[/youtube]
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Informacje zawarte na tej stronie nie mają charakteru medycznego.

Jeśli masz jakieś wątpliwości związane ze swoją ciążą lub porodem, skontaktuj się ze swoim lekarzem lub położną.